LES DISCRETS – Predateurs (Prophecy)

Na nazwę Les Discrets po raz pierwszy natrafiam podczas przewracania kartek „Noise Magazine”. Redaktor Lerch w swoim artykule o shoegazie teraz i kiedyś wspomina Francuzów w kontekście jednej z najciekawszych formacji z otwartą głową wertujących gatunkowe podręczniki. I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku; zachęcony, zapoznaję się z zawartością „Predateurs”. Tyle, że słyszę takie „Virée Nocturne” i nic już nie wiem – bo cóż to za eksperyment, w którym ani śladu jakiegokolwiek odniesienia do korzeni? Po odbyciu wielokrotnych wycieczek w tę i z powrotem mogę uspokoić: korzenie są, tyle, że gdzie indziej.

Bo, co tu dużo mówić, mamy do czynienia z krążkiem o naprawdę wielu barwach. Wspomniany wcześniej „Virée Nocturne” czy „Vanishing Beauties” to niemal czysty trip-hop, taki, jakim lubimy go najbardziej, czyli nieco tajemniczy, zamglony, idealny do nocnych wędrówek po niedoświetlonych, bocznych zaułkach ulic. Z jednej strony dosyć piosenkowy, z drugiej zaś – nieoczywisty i melancholijny. W przypadku tak rozmarzonych kompozycji francuski język wydaje się wręcz idealnym dopełnieniem całości. A, spoglądając na szerszy obraz sprawy i idąc dalej w kwestii idealnych połączeń, Les Discrets brzmią w wymienionych utworach tak, jakby dla trip-hopu się urodzili. Z tym większym zdziwieniem patrzę wstecz, w dotychczasową dyskografię Francuzów, znajdując tam krążki dobre, acz zupełnie odmienne od opisywanego. Konsternacja słuchaczy ma więc swoje uzasadnienie – „Predateurs” jest świadectwem ewolucji, co się zowie. Takiej odważnej i niezważającej na dotychczasowe przyzwyczajenia. Jestem jednak pewien, że po przetrawieniu pierwszego szoku, fani niechybnie ulegną nieodpartemu urokowi tych numerów. Muszą ulec – tak przekonujące to połączenie.LESDISCRETS_photo-by-Andy-Julia_008

Aby nie okazać się człowiekiem gołosłownym, warto jednak wspomnieć i o innych obliczach tego albumu. Bo przecież nie samymi dźwiękami spod znaku Portishead Francuz żyje i nie wszędzie bywa równie bujająco, co w przypadku „Vanishing Beauties”. Mrok i tajemniczość często przybierają bardziej gitarowy wymiar. „Predateurs” zaskakuje swoją obrazowością – to w istocie bardzo filmowa muzyka, po przymknięciu powiek rodząca w umyśle przeróżne wyobrażenia. Punktem wyjścia do odjazdów w nieznane może być dosłownie wszystko, ot choćby i enigmatyczny ssak (przyjmijmy, że jest to młody baran) wpatrujący się w swoje wodne odbicie. Momentami pewna niespieszność i filmowość materiału nasuwa mi na myśl projekt Magna Carta Cartel, innym razem (chociażby w „Les Amis de Minuit”) rockowa zwiewność kieruje moje skojarzenia w stronę sąsiadów z tej samej wytwórni – Dool. To krążek przedziwny, pełen kontrastów, sprzeczności i niejasności. Bo przecież nie tak znów łatwo wgryźć się w jego istotę, a z drugiej strony- po dotarciu sedna można zasłuchiwać się w nim bez przerwy, bez wydzielania granicy pomiędzy trip-hopem a rockiem czy shoegazem. Spoiwem łączącym tak różne od siebie utwory jest spowijające wszystko rozmarzenie. I wspomniany mrok, na francuską modłę romantyczny. Intrygujący i zapraszający do świata, w którym panują Les Discrets i dziwny baran. Kiedy teraz o tym myślę, przychodzi mi do głowy, że może to ten mroczny, nieuchwytny pierwiastek, który na wskroś przenika każdy dźwięk „Predateurs”, zwie się shoegaze? Coś mówi mi, że tak właśnie jest. Duch gatunku czuwa zatem nad Francuzami i nad wszelkimi ich wędrówkami. Świetna, zasysająca słuchacza płyta.

Adam Gościniak

Cztery i pół