LENNY KRAVITZ – Raise Vibration (Warner)

Zupełnie bez echa przeszła nowa płyta Lenny’ego Kravitza, a przecież jest to nazwisko dobrze znane nawet osobom, których kontakt z muzyką ogranicza  się jedynie do odpalenia RMF-u w drodze do pracy. Wydawałoby się, że choćby w mainstreamowych mediach możnaby dojrzeć jakichś wieści o „Raise Vibration” – tymczasem nie było o to wcale tak łatwo. To dziwne, bo krążek – mimo, że nie jest wybitny – ma kilka dobrych momentów, i nawet daje się słuchać.

W sumie sam nie wiem czy Kravitz to bardziej muzyk, czy celebryta. Pewnie gdyby przeprowadzić ankietę wśród „niedzielnych słuchaczy jednej z komercyjnych stacji radiowych”, znalazłyby się osoby, które nazwisko by znały, ale na pytanie czy to muzyk, aktor, czy gwiazda sportu, odpowiedzieć by nie potrafiły. Cóż, ostatnie dokonania muzyczne Amerykanina są przeciętne – brakowało też świeżych hitów, które mogłyby o tym zakurzonym nieco artyście przypomnieć. „Rise Vibrations” jeden taki hit przynosi – „Low” to naprawdę dobra, wpadająca w ucho piosenka. Niczego jej nie brakuje: jest prosty, funkowy bit, durowa melodia, oszczędne instrumentarium, a do tego ze względu na obecność wokalu Michaela Jacksona numer jest bardziej atrakcyjny medialnie. I rzeczywiście, singiel odniósł jakiś tam komercyjny sukces (choćby czwarte miejsce na billboardowej liście Dance Club Songs), ale i tak w radiu prędzej usłyszycie ograne „Fly Away” czy „It Ain’t Over ‘til It’s Over”. Innym potencjalnym hitem jest „5 More Days ‘Til Summer” – przy czym ten numer kompletnie się nie broni. Ot, taki sobie bezpłciowy soul/pop, refren co prawda szybko wpada w ucho, ale po dwóch przesłuchaniach już irytuje. „Taką piosenkę można kupić w każdym sklepie z piosenkami” – chciałoby się rzec, bo – naprawdę – brzmi trochę jak wypluta z jakiegoś automatu tworzącego tak zwane „hity” od szablonu. Znacznie lepiej Kravitz brzmi, kiedy eksperymentuje – „Who Really Are The Monsters?” to zdecydowanie najmocniejszy numer na płycie – hałaśliwa elektronika podbita funkiem, w której znalazło się też miejsce dla strzępków melodii. Równie ciekawie wypada utwór tytułowy, chociaż tutaj Mr. Kravitz poszedł bardziej w Hendrixowe klimaty, których – swoją drogą – na „Raise Vibration” niewiele. Jest to album wygładzony, bardziej popowy – duch Jacksona czuwa.LENNY

Pierwszym przymiotnikiem cisnącym się na klawiaturę po lekturze tego albumu jest „nierówny”. Są momenty, jak wspomniany kawałek tytułowy czy „Who Really Are The Monsters?”, ale jest też sporo mielizn, fragmentów przesłodzonych, zbyt ckliwych, pretensjonalnych – po prostu irytujących, bo niczego ciekawego nie wnoszących. Ta nierównowaga i skakanie od pomysłu do pomysłu powodują, że krążkowi brakuje spójności. Brak ten nie przeszkadza szczególnie jeśli puścimy album w tle, słuchając go jednym uchem i być może w tej właśnie roli „Raise Vibration” spełni się najlepiej.

Paweł Drabarek

Trzy