LED ZEPPELIN – I, II, III (Atlantic/Warner)

Pisanie o pierwszych płytach Led Zeppelin w 2014 roku nosi znamię praktyk onanistycznych. Wiadomo, że niemoralne, mogą też wyrosnąć włosy między palcami, a jednak wewnętrzny przymus każe „to” robić. Wulgarność opisu jest konieczna by jaskrawo uzmysłowić to, że poniższe słowa nie wniosą do wizerunku sławnego kwartetu ani grama nowości. Co nie zmienia faktu, że w 2014 roku pierwsze trzy albumy nadal brzmią zaskakująco i uwodzicielsko świeżo. Szczególnie w remasterowanych wersjach…

Nie jestem w stanie zliczyć, ile to już razy dokonano kolejnych edycji sławetnych płyt. Wersje kompaktowe, winylowe, wersje po japońsku, takie, siakie i owakie. I zawsze konkluzja jest taka sama – ta muzyka się nie starzeje. Owszem, trzeba mieć odpowiednie nastawienie, żeby pochłonąć taką dawkę bluesowych zawodzeń, czasami to i owo ciutkę by się przearanżowało, a na końcu i tak najlepiej jest w wersji oryginalnej. Zawsze interesował mnie za to stosunek pozamuzycznego wizerunku zespołu do samych dźwięków. Dlaczego? Bo najlepiej płyty Led Zepp smakują mi po kolejnej lekturze powieści sensacyjnej „Młot Bogów”, pokazującej żywot Planta i kolegów z najbardziej wynaturzonej strony – jako genialnych muzyków, ale też szaleńców, dewiantów i prowokatorów, którzy nade wszystko lubili przeginać. I to tak, że dzisiejsze ekscesy death i black metalowców to dziecinne zabawy. Myślę, że połowa z tych strasznie rubasznych szatanistów wymiękłaby, gdyby ich wrzucić w sam środek imprezy z udziałem groupies, fasolki czy rekinowego truchła, szczególnie na pokładzie Starszipa. Kiedy wyobrażam sobie te bezeceństwa, muzyka od razu zaczyna pulsować we łbie.Led Zeppelin Band

Tym razem do głosu dochodzi sam Page, który nie zgodził się wprawdzie na kontynuowanie kariery Zeppelina z młodszym Bonhamem na pokładzie (i chwała mu za to…), jednak sięgnął do przepastnych archiwów, z których wydobył nieznane nagrania koncertowe, wersje demo a nawet kawałki zupełnie nowe. Zostały one zapakowane do specjalnych wersji płytowych wznowień, gdzie oczywiście prym wiodą zremasterowane z analogowych, oryginalnych taśm, klasyczne trzy albumy kwartetu. O samej muzyce nie ma co pisać, poza tym, że faktycznie udało się nadać stronie brzmieniowej nowy połysk, choć byłoby przesadą stwierdzenie, że jakoś strasznie zostały zmienione. Wszystko zapakowane w całą masę formatów – od replik oryginalnych wydań analogowych, po kompakty, obowiązkowy downloading, w dodatku często pojawiają się tu ciekawostki w postaci ciekawych zdjęć i materiałów prasowych Atlantic Records. Jest w czym wybierać, tym bardziej, że nawet wersje CD są odtworzone z pieczołowitością (np. III ma wbudowany oryginalny, obrotowy krążek w kopercie). Jednym słowem, fani Zeppelina mogą już szykować monety, podejrzewam też, że znajdzie się spore grono nowych wyznawców Ołowianego Sterowca. Nie będę udawał, że sam się na tę retro-wycieczkę nie załapałem. Słuchałem, czytałem i wzdychałem. I gdzież tam Gorgoroth’owi, z jego nagimi statystkami na krzyżach do ekstrawagancji tej czwórki. Ech… to były czasy.

Z obowiązku dodam, że premiera wznowień miała miejsce na początku czerwca, można też z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że za czas jakiś pojawią się reedycje kolejnych płyt. Osobiście już ostrzę sobie ząbki, myśląc o „Houses of the Holy” i „Physical Graffiti”…

Arek Lerch