LAZY CLASS – Interesting Times (TNT Tunes)

Niedawno na PrzemocOnline’owych łamach chwaliłem zespół Negative Vibes jako doskonałych rekonstruktorów ducha amerykańskiego HC lat 80. Powiązany z nim składem Lazy Class również ucieka od modernizacji wypożyczonej zza oceanu muzyki. Z nieco gorszym skutkiem niż twórcy „Broken Mind”, choć to i tak udany debiut.

Większość tego, co powinno, siedzi na „Interesting Times” jak trzeba. To skoczny, dynamiczny i żywy street punk zapatrzony w Amerykę, któremu patronują Lars Frederiksen i Roger Miret z pozaagnosticowej działki. Wszystko to posłodzone jest nutą punkującej melancholii zaczerpniętej z Alkaline Trio i Hot Water Music, fantastycznie zagrane i nagrane, aż… za dobrze? Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, Lazy Class wylaszczyli swoją płytę na zbyt wysoki połysk, nieco pozbawiając ją nieodzownej brzydoty i sznytu niedoskonałości. To oczywiście są świetne numery, z paroma jaśniejszymi momentami („We’ve Been Through the Same Shit”), ale bez ewidentnych mielizn. Nie pasuje mi jednak osadzanie tych hitów w takiej, obiektywnie bardzo dobrej produkcji, aranżowanie ich jak na standardy street punka wręcz falbaniasto (gitary), wreszcie anglojęzyczne wokale, które wloką nadbagaż słowiańskiego akcentu. Coś tu jest przedobrzone.LC

Street punk aż się prosi, by go „lokalizować” i przeszczepiać na rodzimy grunt. Niech ta niezgoda i bunt wybrzmią w języku, który naładuje je większą wściekłością i zetnie dystans, jaki między muzykiem a słuchaczem buduje nadmiarowa angielszczyzna. A przy tym niech to nie będzie smutna parodia ’77 typu Babayaga Oyo. Lazy Class ma ten potencjał, bo potrafią pisać świetne piosenki, potrafią je też zagrać i domyślam się, że ich koncert jest tym miejscem, gdzie wybrzmiewają one z całą mocą. Gdyby choć raz instrumentalista potknął się w studio, gdyby tekściarz nie chował się za kotarą z angielskiego, wierzyłbym tej klasie próżniaczej bardziej. A tak, tylko słucham jej z przyjemnością, czasem i tyle wystarczy.

Bartosz Cieślak

Cztery