LASTRYKO – Tętno Pulsu (wyd. własne)

Tętni w tym naszym podziemiu aż miło. Pulsuje też. Zmienia się, fermentuje i buzuje. W każdym razie, po raz kolejny z niemałą przyjemnością przedstawiam ewolucję trójmiejskiej załogi. O Lastryko pisaliśmy przy okazji debiutanckiego albumu, który dobrze rokował i okazało się, że mieliśmy nosa, choć o mały włos (nos?) nie byłoby nowej płyty a raczej… nowy zespół.

Ale, na szczęście (albo i nie…), jest ostatecznie materiał „Tętno Pulsu” pod starym szyldem i ów szyld jest w tym przypadku jedynym nawiązaniem do przeszłości. Zmiany, jakim poddał się dobrowolnie zespół są daleko idące i niosą ze sobą świeży podmuch. Oczywiście, jeśli użyję w tym przypadku wyświechtanego słowa „improwizacja”, ktoś pomyśli od razu – dłuuugo, instrumentalne snuje, jazz może? Ano, jazzu nie ma. A improwizacja polega na bardzo subtelnym poruszaniu kilku nowych w przypadku tego zespołu strun. Muzycy postanowili zerwać z formą, tradycyjnym aranżowaniem piosenek i zagrać je… spontanicznie, na żywo, tworząc konstrukcje utworów intuicyjnie – efekt przeszedł oczekiwania, świadcząc jednocześnie o dużej wyobraźni i doskonałym zgraniu zespołu.a_PAW6431

W szczegółach materiał jest dość wyciszony, może nawet wycofany, jego największą zaletą jest właśnie ten nieco leniwy, wciągający puls, czasami meandrujący gdzieś po post rockowych obrzeżach, to znowu nabierający werwy („Dwa”), trzymający kurs muzyki dyskretnie, bez wybijania się na pierwszy plan. Ten zarezerwowany jest dla świetnie współpracującej gitary i elektroniki. Tworzy się z tego nieoczywisty miks, oddychający nie tylko współczesnością, ale odważnie sięgający do skarbnicy chociażby kraut rocka, co w połączeniu z hipnotycznym (albo transowym, jak kto woli…) charakterem utworów daje poczucie przyjemnej świeżości. Wspomniana improwizacja, która jest w zasadzie podstawą każdego utworu, nie rozwadnia muzyki, przez co nie ma wrażania tzw. „przegadania”, co jest zawsze ryzykiem w przypadku takich spontanicznych akcji. Na plus zaliczyć także należy fakt, że mimo instrumentalnej formy, wcale wokalu w muzyce Lastryko nie brakuje. Zespół potrafi stworzyć fajną, momentami lekko podniosłą przestrzeń, nasyca melodykę melancholią, gdzieś czai się w tym tajemnica, takie przyjemnie łechcące niedopowiedzenie (moi faworyci w tym temacie to „Pięć” i „Sześć”), by wreszcie na do widzenia pomachać nam bonusową, króciutką, hałaśliwie rozchełstaną „Siódemką”. Z wszech miar udana płyta. Alternatywa na bardzo dobrym kursie. Polecamy.

Arek Lerch

Pięć i pół