LAO CHE – Dzieciom (Mystic)

Największym dobrem Lao Che jest denerwujące wymykanie się przeciętności. Oczywiście, przeciętności muzycznej. Można wrzucić zespół do woreczka z napisem „polski rock” co będzie największą głupotą i krzywdą dla ekipy Spiętego, bo każdą płytą dotykają innej przestrzeni i zawsze są nieprzeciętni intelektualnie. Jeśli przyjąć, że powszechne pisanie bzdur w krajowej muzyce popularnej (i jednoczesne udawanie, że osiąga się literacko – filozoficzny Olimp) stało się chlebem powszednim, takim z supermarketowej mrożonki, to Lao Che dostarcza bochenka własnoręcznie i z własnych produktów wypieczonego w domowym piekarniku. I ten intelektualny wypiek po raz kolejny smakuje wybornie.

Troszkę mnie zaniepokoił tytuł płyty, bo nie wyrabiam krajowej normy 1 i 1/5 dziecka na rodzinę, jednak po szybkim wglądzie we wkładeczkę doszedłem do wniosku, że chodzi tu raczej o duże dzieci i to te, które nie boją się zmierzyć z mało wesołym oglądem rzeczywistości, podanym jak zwykle w przypadku Lao Che z odpowiednią dawką pieprzu. Kamuflaż w postaci ukłonu w stronę bajkowej metaforyki (choć to też dla starszych, bo kto dzisiaj pamięta chociażby Zwierzyniec, do którego nawiązanie pojawia się w tomie II „Bajki o misiu”?) skrywa kilka wniosków wynikających z obserwacji rzeczywistości. Żeby daleko nie szukać, jest o wojence, co ma dziwne maniery i woli kości zamiast lodów. Jest o soli ziemi, czyli otaczających nas chamach („Legenda  o smoku”). A jak wiadomo, sól jest niezdrowa. Jest wreszcie złośliwie, choć z jakąś dozą ciepła wyartykułowany sceptycyzm religijny („Tu”). To tylko kilka przykładów z pięknie rozrysowanych obserwacji, ujętych w mistrzowsko dobrane słowa, które operując cytatami z historyjek dla milusińskich, walą siarczyście po mordach. Więcej – nie wiem, czy nie czyta mi się wkładki ze słowami lepiej niż słucha muzyki. Tak, to dość zaskakująca teza, jednak mocny przekaz najlepiej pasował do równie obrazoburczej muzyki z płyty Soundtrack. Na „Dzieciach” Lao Che powraca do bardziej tradycyjnie pojmowanych środków wyrazu, łącząc rockowe granie z lekko zarysowaną elektroniką.Lao bandNa szczęście, i tu trafia się muzyczka odpowiednio pokręcona, bo Lao Che przyzwyczaili nas do tego, że ciągle się zmieniają i poszukują. O ile jednak na poprzednich krążkach pozostawali dość homogeniczni, tym razem w warstwie dźwiękowej mamy pełny eklektyzm. Bo jest i trochę reggae, pojawiają się orientalizmy („Dżin”). Jest wreszcie cała kupa fajnego transu (chociażby „Znajda”). Rytmicznie najciekawszy jest za to „Z kamerą wśród zwierząt…”, wciągający w niemal karnawałowo rozbuchaną przestrzeń. Ekipa bawi się każdym rozwiązaniem, łącząc je kapryśnie w świat uporządkowany według własnych reguł. Być może nie zaskakuje czy nawet nie drażni jak na „Soundtracku”, ale przynosi za to sporo melodii (których na wspomnianej płycie raczej nie było) i pokazuje zespół jako sprawny wykonawczo ansambl, który swobodnie przeskakuje z tematu na temat. Do tego dochodzi produkcja Emade, który w moim odczuciu powoli urasta do rangi drugiego Borsa, porządkując cały ten zgiełk i nadając muzyce polotu czy potrzebnej przestrzeni. Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki elektronika łączy się z żywym graniem („Wojenka), bo takie balansowanie na krawędzi jest udziałem tylko najlepszych muzykantów.

W kontekście całej, polskiej sceny muzycznej Lao Che to fenomen, bo ciągle odczytuje się na nowo, nie stroni od rozwiązań kontrowersyjnych i lubi prowokować. A co najważniejsze, nie dał się zaszufladkować jako narodowe dobro, ustawione za szybką. I choć pewnie po „Powstaniu Warszawskim” niejeden nieudaczny „munż stanu” z Wiejskiej chciał widzieć w nich towar w sam raz na wyborcze kampanie, muzycy nie dali się w nic wciągnąć, odebrali grzecznie nagrody i dalej są przeciwko. Pozostając przy tym jedną z największych, koncertowych atrakcji polskiej sceny. I za to, że nie dali się skurwić (o co w naszym grajdole, ciągle oceniającym wszystko przez pryzmat szmalu, wcale nie jest trudno…) szanuję ich najbardziej…

Arek Lerch

Pięć