LAMBCHOP – Flotus (City Slang/Sonic)

Nienawidzę country, ale kiedy pojawiło się dziwactwo pod nazwą altcountry, spróbowałem się zaprzyjaźnić, co też nie było zbyt dobrym pomysłem. Lambchop z Nashville także został do tego worka wrzucony, dlatego, kiedy wpychałem „Flotus” do paszczy odtwarzacza, byłem gotowy na jak najszybsze rozstanie się z tym krążkiem. Rozczarowanie było całkiem miłe.

Lambchop to jeden z tych długowiecznych, nudnych jak cholera zespołów, którym dało się przetrwać burze, mody i muzyczne rewolucje. Grają i grają, przestaną też zapewne, kiedy muzycy poumierają na starość i inne zawały. Lambchop lideruje Kurt Wagner i to już od 1986 roku (wtedy jeszcze pod nazwą Posterchild), po drodze zespół, w różnych składach wydał cała masę albumów, o których nie będę się wypowiadał, bo raczej nie dotarłem. Najnowsza płyta zrobiła zaś na mnie bardzo pozytywne wrażenie.band

Przede wszystkim, nie ma tu zbyt dużo tego country… Co ja mówię – nie ma go wcale. Jest za to post rock, bardzo wyważony, wyciszony i schowany gdzieś pod sercem. Próba jakiegokolwiek rozczłonkowania płyty spełza na niczym. To prawdziwy, nie skażony niczym chillout w mistrzowskim wydaniu. Piękna gra instrumentów spotyka się tu z genialnym brzmieniem. Nie wiem gdzie zespół osiągnął tak rewelacyjny dźwięk, ale płyta jest miodem na uszy. Analogowe, szerokie i ciepłe brzmienie koi nerwy, uspokaja i bardzo dobrze luzuje spięte codzienną bieganiną pośladki. Naturalnie pulsujące, niespieszne utwory wciągają jakąś wiejską atmosferą, rozleniwiają i przyprawiają twarzy kretyńsko blogi uśmiech. Wagner zmieszał na płycie post rockowe klimaty, rozleniwioną elektronikę, doprawił to wszystko szczyptą krautrocka, pododawał kosmiczne spejsy na mruczące (w przeważającej większości…) wokale, rozjechał wszystko psychodelią lat 70, nie zapominając o tym, że przesada jest naszym grzechem głównym. Dlatego podstawową zaletą tych piosenek jest mistrzowska oszczędność. Do tego stopnia, że czasami zapominamy, że gra cały zespół. A na koniec funduje słuchaczowi osiemnastominutowy trip „The Hustle”.

Zastanawiałem się, jak najlepiej opisać ten album i przyszło mi do głowy, że to idealny prezent dla fanów najnowszego wcielenia Radiohead. Wiecie, co jest na rzeczy?

Arek Lerch  

Pięć