KVELERTAK – Nattesferd (Roadrunner)

Są zespoły i zwierzęta. Zespoły to takie twory, co działają planowo, rozwijają się i po pewnym czasie przyzwyczajamy się do tego, czego możemy się po nich spodziewać. Zwierzeta są dzikie, nieokiełznane i zawsze nas zaskoczą. Choć czasami zdarza się, że potrafią w zadziwiający sposób komibować ze swoją muzyką i zdrowiem słuchaczy. Taki jest Kvelertak. Za sprawą debiutu wbił się z hukiem na muzyczną scenę, przemodelował sposób koncertowej prezentacji (czytaj – pokazał jak można demolować sceny), drugą płytą Meir utwierdził poczucie równowagi między muzyką a dziczą przedstawianą na żywo. Zagrał parę doskonale przyjętych koncertów i… No właśnie. Dzisiaj z niepokojem spoglądam w stronę zespołu, bo nie wiedzieć czemu, muzykanci postanowili – dojrzeć, wydorośleć, ustatkować się i pokazać, że artystami dobrymi są. No i pograć sobie na fest, skutkiem czego mamy na nowej płycie kawałki i pięcio i dziewięciominutowe. Co, niestety, nie przekłada się na konkret. Nie wiem, co chcieli osiągnąć, ale nowa płyta jest dziełem, które w żaden sposób nie pokazuje szaleństwa tego składu, brakuje ikry i czegoś, co nazywane jest tu i ówdzie górnolotnie pierdolnięciem. Płyta się po prostu (nie sądziłem, że kiedyś tak o tym zespole napiszę…) snuje – numery miałyby sens gdyby je poskracać i to radykalnie. Niestety, Kveertak strzelił sobie jeśli nie w stopę, to przynajmniej w mały palec u nogi, bo „Nattesferd” portretuje zespół na wyraźnym rozdrożu – rozumiem, że chcą się zmieniać, że może już się „wyimprezowali”, ale można było ową dojrzałość i szaleństwo połączyć. Co nie znaczy, że ta płyta jest zła, bo ma parę błyszczących punktów, prezentuje ten specyficzny, rock’n’rollowo – skandynawski sznyt, ale jako całość, kompletny i zamknięty materiał, nie przekonuje. I o tym będzie poniższa, krótka dyskusja…

Paweł: Mnie ta płyta zawiodła strasznie. Debiutancki album bardzo mi się podobał, „Meir” już nieco mniej, ale teraz jest totalna kaszana. Za mało rock’n’rolla, a za dużo dożynek i szeroko pojętej cepeliady. No wiesz, wata cukrowa, rozwodnione piwo i przypalona kiełbasa. Ha, nadawaliby się na Openera!

Arek: Ja z Kvelertakiem w zasadzie nie mam problemu, bo od początku traktowałem ten zespół jako sezonowe objawienie koncertowe. W zasadzie, niektóre zespoły powinny wydawać tylko płyty live. Bo na scenie to prawdziwe zwierzęta…

Paweł: Zazdroszczę. Na tym chyba polegał mój błąd, że po pierwszej płycie robiłem sobie nadzieję. Myślałem, że uderzą za ciosem i nadal będą grali taką fajną, wyluzowaną muzę. Teraz nie czuję luzu, ale zimne wyrachowanie. Weźmy np. kawałek „1985”. Trochę starszy jesteś, więcej w życiu słyszałeś, to może mi wyjaśnisz o co w nim chodzi, bo ja nie rozumiem? Po cholerę oni tam te harmonie pod Baroness wsadzili? Albo „Odkspens Galakse”… Przecież to brzmi jakby zespół złożony z finalistów „Od przedszkola do Opola” próbował nagrać numer w stylu Ghost. Żenada.

Arek: Ostro. Przy dobrych wiatrach można by to nazwać próbą odświeżenia swojej propozycji. Ok, w zasadzie dobry ze mnie gość i nie mam zamiaru nikomu zabraniać tego czy owego. Kvelertak zawsze był trochę stuknięty, więc te dziwactwa jakoś tam się mogą tłumaczyć. Ale mam z tą płytą ciut inny problem. Nazywa się „długość”. Poszczególne numery może i byłyby fajne, gdyby np. z 5 minut skrócić je do dwóch. A dziewięciominutowy „Heksebrann” to już przegięcie. Te wlokące się „rozbiegi”, wchodzenie wokalisty gdzieś w połowie numeru… Zastanawiam się, czy chłopaków nie zainfekowała choroba pt. „ambicja”. Wszyscy ich tak chwalili, że w końcu uwierzyli, że są zespołem „artystycznym”. Tylko tak to mogę wytłumaczyć…

Paweł: Celna uwaga. The Stooges nagrali kiedyś 10-minutowy kawałek, ale zrobili to z sensem i wyczuciem. W „Heksebrann” nie ma ani jednego, ani drugiego.

Arek: Za mało się w tych numerach dzieje po prostu. Szukajmy zatem przyczyny. Przecenili swoje siły?Kvelertak

Paweł: Chyba tak. Umiejętne poruszanie się na pograniczu kiczu to sztuka i wielkie wyzwanie. Udało się to np. Ghost, którzy są przebojowi oraz nieco – na pierwszy rzut ucha – tandetni, ale udaje im się robić to z klasą. Kvelertak to w pewnym sensie zespół do Ghost podobny – zaczynali w podobnym momencie, i po pierwszej płycie rozbudzili apetyty fanów. Wiadomo jednak, że podobnego sukcesu nie odniosą, chociaż zagrają kilka dużych festiwali, jakąś trasę, a jako że na żywo wypadają podobno świetnie, to pewnie poczują się jak gwiazdy rocka. Ale to, moim zdaniem, mimo wszystko, zmarnowany potencjał. Mogli osiągnąć więcej. Chociaż oczywiście nadal mają szansę.

Arek: Mogli osiągnąć więcej… Tylko w jaki sposób, tak by znowu zaskoczyć, nie zamulić i pozostać na topie, jeśli kiedykolwiek tam byli. Z zespołem problem jest taki, że po pierwszej płycie się nie rozpadli. Wtedy mówiłoby się o nich „zespół jednej płyty” i pozostaliby kultowi. A tak… co mogą zrobić? Wracając jednak do „Nattesferd”… Są na niej jakieś „momenty”, które robią obotę – „Nekrodamus” i w szczególności – zadziorny, w 100% koncertowy „Bronsegud”. To dobry trop.

Paweł: Tak, „Nekrodamus” jest najlepszy i… zupełnie inny niż reszta płyty. Potencjał ma też „Nattesferd”, ale spokojnie mógłby trwać trzy minuty, zamiast pięciu. Czyli znowu wracamy do tego, o czym mówiłeś. Aha, w „Nattesferd” wkurzają mnie jeszcze te chórki w refrenie. Mogli je sobie odpuścić. No dobra, a jaki jest Twoim zdaniem najgorszy moment na płycie? Ten dziewięciominutowy klocek?

Arek: Zdecydowanie – to pierwszy moment, kiedy stwierdziłem, że ta płyta jest niepotrzebna. Tak jak mówiłem – wszystkiego jest tu za dużo. Brakuje konkretu. Może na koncercie, kiedy te numery będą ubarwione wygłupami wokalisty, który robi rzeczy dość szalone, będzie inaczej, ale w wersji studyjnej wyraźnie męczą. Wydaje mi się, że wyczuwam tu problem podobny jak w przypadku ziomów z Turbonegro. Na pewnym etapie byli kultowi i kontrowersyjni, i to dodawało rumieńców prostej w sumie muzyczce. Kiedy spowszednieli i przestali eksponować swoje pokrzywione życiorysy, okazało się, że stali się nudni. Kvelertak idzie dokładnie w podobną stronę. Pytanie, czy zauważą co zrobili…

Paweł: Trudno powiedzieć. Mam wrażenie, że pewna formuła się wyczerpała, trochę stracili pomysł na siebie. Bardzo jestem ciekaw, co wykombinują na następnej płycie i czy ktoś będzie wtedy jeszcze o nich pamiętał…

Arek: Mam wrażenie, że to będzie ostatnia ich płyta. Wyczerpujące koncerty, ciągłe życie na krawędzi i w sumie brak jakiegoś spektakularnego sukcesu plus porażka w postaci tej płyty zrobią swoje. Chciałbym, żeby wrócili do początków, ale z drugiej strony, takie „wracanie” to dzisiaj straszna bieda. Wszyscy przecież od lat wracają do korzeni czy jak by tego nie nazwać. A ja z kolei wrócę do tego, co powiedziałem na wstępie – jeśli chcą się obronić, powinni nagrać płytę live a najlepiej dvd ze swoimi wyczynami. Na „trójeczce” chcieli – i to jest moja recenzja – pokazać się od takiej dojrzałej strony, że już wyrośli i spoważnieli. No i przegrali w sumie. Smutne, ale prawdziwe…

Paweł: Tylko teraz pojawia się pytanie – czy oni rzeczywiście uznają ten album za swoją porażkę? Na ile przejmują się opiniami słuchaczy? Prawdę mówiąc, nie czytałem recenzji i nie wiem czy są pozytywne, ale czuję, że frekwencja na koncertach dopisze – kluby wyprzedane nie będą, ale ludu przyjdzie sporo. A to sprzyja samozadowoleniu.K

Arek: Więc może Twoja uwaga plus moje wnioski o tym, że spoważnieli to najlepsze podsumowanie. Chcieli na płycie zabrzmieć jak nobliwi, metalowi rock’n’rollowcy? Ok, a na koncertach do klasycznego seta dołożą parę nowości z tymi wymienionymi przez nas na czele i karawana pojedzie dalej… Zresztą, czy jest jakikolwiek sens recenzowania takich płyt?!

Paweł: Recenzowanie płyt to generalnie bezsensowne zajęcie, szczególnie jeśli porównasz je do wydobywania węgla, albo pieczenia chleba. Ale który górnik zjeżdża pod ziemię dla frajdy?

Arek: Mój brat, autentycznie. A co do frajdy – będziesz miał za zadanie obadać zespół 20 czerwca w Poznaniu. I wtedy się okaże co są warci. A może nawet o takiej konfrontacji bardziej przychylnym okiem na nową płytę spojrzysz…

Paweł: Prawdę mówiąc, mam nadzieję, że pójdą w ślady Monster Magnet i na trasie promującej nowy album, nie zagrają z niego ani jednego numeru. A zamiast tego cały debiut na żywo.

Arek: Ha, ha… Nadzieję zawsze można mieć. Powodzenia!

Próbowali zrozumieć fenomen Kvelertak: Paweł Drabarek i Arek Lerch