KURT VILE – Bottle It In (Matador/Sonic)

Lubimy zwyczajność. Człowieka podobnego do nas. Takiego, co pójdzie z nami na piwo i opowie kilka ciekawych historyjek. Przyznam, że nowej płyty Kurta Vile słuchałem siedząc na izbie przyjęć Pogotowia Ratunkowego i nieco nerwowe okoliczności zmusiły mnie do poszukania jakiegoś uspokajacza – „Bottle It In” to idealny wybór na takie okoliczności. Oddech został wyrównany, ciśnienie spadło.

…i tak jest z całą płytą. Na swoim ósmym krążku Kurt czerpie z tych samych źródeł co zawsze – jest folk, trochę rocka, bluesa, akustyczne gitary, przestrzeń i klimat amerykańskiego zadupia. Podany tak, że człowiek ma ochotę od razu teleportować się do jakiejś dziury, w której każdy ma broń a życie nie przypomina „Seksu w wielkim mieście”. Kurt jest dobrym songwriterem. Owszem, nie ma takiej szorstkiej głębi jak niektórzy, uznani twórcy z akustycznymi pudłami w łapach, ale jest na tyle autentyczny, że mogę kupić w całości to jego smędzenie.KURT_VILE_JO_MCCAUGHEY030_H_RES

Pewną innowacją (w stosunku do poprzedniczki „B’lieve I’m Goin Down”), która może zaskoczyć, jest rozmach nowego dzieła – chyba z 80 minut muzyki i długaśne numery – niektóre przekraczają nawet dziesięć minut. W takiej stylistyce to jednak rzadkość, ale trzeba przyznać, że zazwyczaj Kurt potrafi utrzymać napięcie. Jasne, podstawa to luz, ta typowa dla stylu niechlujność i poczucie, że obcujemy z snutymi na żywo, wymyślanymi na poczekaniu opowieściami – wystarczy jednak posłuchać płyty kilka razy, by z niejakim zaskoczeniem delektować się bardzo fajnie opracowanymi aranżacjami. Przestrzennie brzmienie skrywa sporo ciekawych zagrywek, bogate instrumentarium, rzucane od niechcenia teksty, w które warto się jednak zagłębić. Płytę przepełnia optymistyczny nastrój i choć jestem pewien, że krążek nie stanie się jakimś kolekcjonerskim evergreenem, to dzisiaj, tu i teraz, sprawia mi przyjemność. Nawet jeśli jest za długi i niemodny.

Arek Lerch

Cztery i pół