KURT VILE – B’lieve I’m Goin Down… (Matador/Sonic)

Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą – śpiewała kiedyś Karin Stanek, nie wiedząc zapewne, że za czas jakiś facetów z pudłami narobi się tyle, że wybór będzie strasznie trudny. Fakt, z całej masy mniej lub bardziej modnych songwriterów wygrywają Ci, co mają za sobą legendarne nazwy, że wspomnę o muzykach Neurosis, albo szaleńcy pozostający w głowach głównie ze względu na pozamuzyczne ekscesy. Kurt Vile sadowi się gdzieś w środku stawki. Ma już trochę dokonań (w sumie – promuje właśnie szóstą płytę…), niewątpliwy talent, ale nie proponuje też niczego odkrywczego. Ot, po prostu kawał dobrego, osadzonego w tradycji, akustyczno – rockowego smucenia.

Najnowsze dzieło narobiło trochę szumu chociażby ze względu na reklamę, jaką płycie zrobiła sama Kim Gordon, pochlebnie wypowiadając się o dojrzałości artysty. Do promocji przyda się jak ulał, choć materiał broni się bez takich wspomagaczy. Głównie dlatego, że – podobnie jak nasz krajowy Peter J. Birch – Kurt uznał, że sama gitara akustyczna jest fajna, ale nie wystarczy do zapełnienia płyty długogrającej. Dzięki temu co i rusz obcujemy z pełną instrumentacją, budowaną min. przez muzyków Tinariwen i perkusistkę Warpaint. Jeśli szukać elementu błyskotliwego, będzie nim produkcja, bo płyta ma w sobie niezwykłą przestrzeń, ten element, który bardzo trudno uchwycić, nie popadając w skomplikowane zabiegi studyjne. Dzięki temu, nawet jeśli same kompozycje nie zaskakują, słucha się „B’lieve I’m Goin Down…” z przyjemnością. Kurt2

Oczywiście, podkłady są raczej delikatne, głównie liczy się głos i gitara. Ok., czasem też fortepian, jak w „Life Like This” czy w nieco estradowym „Lost My Head Here”. Są też klasyczne akustyki – „Stand Inside” czy „All In A Daze Work”. Ta formuła najlepiej sprawdza się, kiedy muzykę zaczyna spowijać nieco nostalgiczny klimacik, jak w „That’s Life, tho (almost hate to say)”, kojarzącym się nieco z „Angels of Light Plays Other People”. Czasami trafi się surowa partia bębnów („Wheelhouse”), jest ciut bluesa i delikatnie zaznaczony rock. Dobrym pomysłem było subtelne zarysowanie instrumentalnych aranżacji, przez co kompozycje i słowo pozostają tu najważniejsze, ale są odpowiednio zróżnicowane i z wyczuciem zagrane. Jednak – co już podkreślałem – nie jestem w stanie stwierdzić, czy Kurt ma szanse na coś więcej niż solidna druga liga takiego grania. Może brakuje mu tej szorstkości, charakteryzującej chociażby Steve’a Von Tilla, choć nie zawsze musimy mieć ochotę na brzemienne we wnioski przemyślenia o życiu, które jest ciężkie i ogólnie nas nie lubi. Od czasu do czasu można sobie zapodać „B’lieve I’m Goin Down…”. Czkawki nie będzie.

Arek Lerch

Cztery