KRÓLESTWO – Antracyt (Gusstaff Records)

Kiedy pisałem o „Ćwiczeniach repetytywnych”, na polskiej ziemi alternatywnej wybuchał właśnie improwizacyjny szał i propozycja trójmiejskiego” Królestwa była czymś oczywistym, na czasie itp. Kiedy dzisiaj piszę o „Antracycie”, sytuacja jest ciut inna – wyimprowizowali się już wszyscy łącznie z heavy metalowcami i sceną disco polo, owczy pęd troszkę osłabł, wszystko zostało okiełznane. Ktoś poszedł dalej, ktoś zawrócił, ktoś zmienił zdanie. Królestwo także się zmieniło. Jeśli ktoś oczekuje jednak krótkich piosenek, to… dostanie może jedną. A poza tym cały czas lot, choć w nieco inną, również ciekawą i nieco bardziej hałaśliwą stronę.

Z improwizacją sprawa wcale nie jest oczywista. Gdzie kończy się chaos a zaczyna jazz, gdzie mamy kolorystykę a gdzie instrumentalną ekwilibrystykę. Pojawiają się takie sztosy jak „Slavic Spirits” czy „Dziady”, gdzie zamiast strzelania w oczy techniką, szuka się klimatu, ducha itp. Pionierzy czyli Lonker See poszli w stronę mocniejszych gitar i ciut piosenkowej (no, może dream popowej) formuły. Przyczyny są rożne, choć na pewno nie chodzi o nudę a raczej próbę znalezienia kolejnych ścieżek. Przecież impro scena to także efekt szukania wyjścia spod ściany. Yassowi dziadkowie mogą być dumni. I choć nadal improwizacja jest elementem, który mnie ujmuje, to doceniam też próby resetu. Np. takiego jaki realizuje trójmiejskie Królestwo. Nadal obowiązują długie wycieczki w nieznane, ale zmieniły się nieco składniki i środek komunikacji. Królestwo

Wiosnę wieszczą dwa skowronki – niespełna sześciominutowa „Tęga Jola” i nieco ponad czterominutowy „Szklaneczki doktora Stefana”. Pierwszy song to alternatywny, brudny hałas gitarowy, drugi łączy motoryczne, post rockowe pochody z lekkim transem. Piosenka. Ok., prawie. I tyle, bo reszta zadowoli tych, co zasłuchiwali się w debiucie. „Wiosłowanie w kierunku nicości” przez trzynaście minut prowadzi od „jazzu na pogłosie” ku transowemu zapętleniu w drugiej części, zatem, wszystko w normie. Prawdziwy sztos to druga część płyty, czyli numer tytułowy, oraz dwie monstrualne (19 i 17 min) impresje na jego temat. Wygląda to tak, że w „Antracycie” zespół postanowił nieco pogmatwać sprawę, lekko łamiąc rytmikę i mieszając hałas z przestrzenią, po czym stwierdził, że to za mało i wyimprowizował dwa długie loty, które są niczym innym, jak rozbudowanym, post rockowo pobrzękującym transem, swobodnie traktującym temat wyjściowy. Sam miód.
Mamy tu zatem lekką, ale jakże przyjemną, schizofrenię, pokazującą więcej nowych możliwości niż na debiucie, nadal jednak z dużym sentymentem w stronę improwizacji. Technicznie rzecz ujmując, jest doskonale, klarownie i chyba bardziej finezyjne, przede wszystkim cieszy zaś równowaga i spokój jaki z tej płyty bije. Może brzmi to jak zbieranina różnych pomysłów, ale tu nie ma przypadku, jest wizja, która jako taka może zaprowadzić zespół dosłownie wszędzie. Symptomatyczna dla alt/impro sceny płyta. Nie przegapcie jej w koronawirusowym zamęcie.

Arek Lerch

Zdjęcie Paweł Jóźwiak

Sześć