KREMLIN – Decimation of the Elites (Godz ov War)

Z biegiem lat coraz istotniejsze staje się dla mnie brzmienie muzyki, której słucham. Niby zawsze było, ale mając kilkanaście lat nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Nie wyrosłem bynajmniej na audiofila, nie delektuję się „Dark Side of the Moon” puszczanym przez złote kable w cenie mieszkania, nie pieję też jak Fenriz nad każdą analogową produkcją. Duszy nie zagwarantuje muzyce ani drogie superstudio, ani ośmioślad w schowku na szczotki. Ideałem jest sytuacja, w której brzmienie jest w pierwszym kontakcie przezroczyste i służebne względem kompozycji. A i tak wciąż trafiam na płyty, które zapamiętam głównie przez dziwne wybory ich twórców względem rejestracji własnej muzyki. Jak choćby debiutancki album kanadyjskiego Kremlin.

„Decimation of the Elites” jest albumem doskonale przeciętnym w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jego odbiorcą jest fan death metalu, który wejdzie w tę muzykę jak w rozłażone kapcie. I chyba nikt poza nim, ale to przecież żaden zarzut, prawda? Absolutnie nie mam pretensji o brak pretensjonalności Kremlin, jakichś szerszych ambicji, które wykraczałyby poza granie prostego, chwytliwego death metalu po linii Apshyx, Bolt Thrower i Nihilist. Średnie i szybkie tempa, ale bez sportów wyczynowych, trzy-cztery skuteczne riffy na numer, wysoki, histeryczny wokal a’la młody Martin Van Drunen – gatunkowy standard z babcinej książki kucharskiej jak się patrzy. I tu wjeżdża najciekawsze. Otóż Kremlin nie dość, że ma gitary brzmiące bardziej szwedzko niż Szwecja, to jeszcze podpiął sobie pod gary chamski trigger; perkusja tłucze jak sześciokątne pady na płytach Kombi i naprawdę trudno się skupić na czymkolwiek innym. Oczywiście kult analogowego brzmienia to twór ostatnich kilkunastu lat. Wcześniej standard był bardziej jednorodny, a skompresowane brzmienie nie rzucało się aż tak bardzo w uszy. Nawet zespoły z pierwszej ligi wypuszczały materiały, które ocierały się o kuriozum – drugi album Master, „Savage or Grace” Sinister itd. Zakładam, że nie było to chwilowe zaburzenie jaźni tylko świadoma decyzja zespołów, takoż i produkcja „Decimation of the Elites” to nie jakaś tam „wina realizatora”, bo po prostu sam Kremlin chce być tak deathmetalowy jak się da.band

Zabawne, jak taki teoretycznie drugoplanowy detal jak niuans produkcji może zaważyć na całym odbiorze albumu. W dodatku takiego, który na pozór wcale nie woła o drobiazgową analizę brzmienia. Jest w tym pewna wyrazistość i przyznaję, że trzeba mieć ikrę, aby dać się tak ukręcić. „Decimation of the Elites” to fajna płyta, ale zawsze będzie mi się kojarzyć najpierw z natrętnym tłuczeniem bębnów, które za czasów świetności Sunlight Studios byłoby mokrym snem każdego  deathmetalowca. Niewykluczone, że dla kogoś będzie to zaleta i haczyk, który przyciągnie do muzyki Kremlin, bo odbiór brzmienia to rzecz gustu, jak wszystko. Adversarial wygrał swój debiut muląc gitary w zwartą masę i strojąc werbel „na garnek” – czyli da się. Może ktoś polubi w Kremlin taką „monumentalność”? Ostatecznie lepsze takie przegięcie niż płaska, nieciekawa produkcja przyłożona od szablonu do większości płyt wydawanych obecnie w Century Media i Nuclear Blast. Trigger is the new black.

Bartosz Cieślak

Cztery