KREATOR – Gods of Violence (Nuclear Blast)

W czasach rozkwitu melodyjnego death metalu Kreator uparcie szukał „nowego ja”. Podążał niebezpiecznymi ścieżkami, sukcesywnie tracąc starych fanów, a nowych nie przybywało. Szczyt twórczych tropów niemieckiej formacji przypada na rok 1999 i album „Endorama”, który na listach przebojów poległ z kretesem. Mille Petrozza, wyraźnie zmartwiony obrotem sytuacji, przypomniał sobie, że grał kiedyś thrash metal i pora do niego wrócić, ale dalej mrugał porozumiewawczo w stronę mainstreamu, używając pokaźnych ilości melodyjnego death metalu. Problem w tym, że już wtedy usilne próby łączenia melodii z gruzem trąciły myszką. Petrozzie to najwyraźniej nie przeszkadza, a dowodem tego najnowszy krążek Kreator, „Gods of Violence”, który kontynuuje kierunek wyznaczony przez „Violent Revolution”. Razem z kolegą Grzegorzem postanowiliśmy sprawdzić, jak radzi sobie niemiecka machina zniszczenia.

Łukasz: Mamy rok 2017, który, mimo wczesnego miesiąca, już przywitał nas paroma ciekawymi wydawnictwami. U Petrozzy i kolegów nie zmieniło się zbyt wiele. To już piąty album, którego celem jest ukazanie plusów noszenia rycerskiej zbroi i dosiadania konia. Czy Mille nie popada w monotonię, od której ponoć tak bardzo stroni?

Grzegorz: Parę lat temu powiedziałbym, że pierdzielisz farmazony i nie lubisz melodii w metalu, ale faktem jest, że ten Fin na gitarze trochę przesadza. To nieMP Mors Principium Est, a Stwórca. Bóg zniszczenia i lider niemieckiej sceny. A tu proszę, psikus. Rozczarowanie jakich mało, a to dopiero początek roku.

Łukasz: Ja nie czuję się rozczarowany, gdyż wraz z nadejściem szumnych zapowiedzi wydawnictwa, miałem pewność co do obrazu zawartości. A ty czego oczekiwałeś po Niemcach? Przecież to krążek kontynuujący ścieżkę obraną lata temu na „Violent Revolution”, ale z jeszcze większą groteską.

Grzegorz: Mi ten kierunek nie przeszkadzał, a Kreatora zawsze wolałem na żywo. Jako, że kompletnie straciłem zainteresowanie takim graniem, a jednak darzę ten band jakąś sympatią, liczyłem na więcej. Jadu, szaleństwa…

Łukasz: Myślę, że jad i szaleństwo to pierwiastki obce thrashowi obecnego tysiąclecia. No chyba, że jestem w błędzie.

Grzegorz: Bo za mało go słuchasz. Młodzież, przynajmniej ta po hardcore’owej stronie barykady, dowala aż miło. Swoją drogą, ostatnie zespoły, które się wybiły na tym polu, i nie sczezły w odmętach fali retro, to Suicidal Angels, Lost Society i Angelus Apatrida, trzy takie skrajności, że aż zęby bolą, ale chyba w nich upatrywać należy kolejnych „gigantów”, tylko, co wtedy z takim Kreatorem? Mille nie chce spuszczać z tonu, napierdala, owszem, miejscami cholernie agresywnie, wykorzystując cały wachlarz możliwości swojego perkusisty, ale nie rusza mnie ani ta jego jednowymiarowa maniera wypluwania z siebie słów, ani plastikowy sound…

Łukasz: To smutne, jeśli wśród gigantów mają gnieździć się odpowiednio: kalka Slayer/Sepultury, bezczelni złodzieje riffów z mroźnej Finlandii i obsesjonaci grzania bez emocji. Nie uważasz?

Grzegorz: Uważam, że czas źle obszedł się z Evile, Warbringer i Bonded By Blood, a nawet i z Diamond Plate gdzie gra nasz cholernie utalentowany rodak. Ale nie o nich mamy, a o Kreatorze. Trendów już nie wyznaczą, mogą jedynie spuszczać łomot. Taki trochę na siłę, ale zawsze.

Łukasz: Jeśli łomot w wykonaniu Kreator ma kontrastować z tak pustą melodyką, to chyba podziękuję. Moje słuchawki właśnie wypełniają rzewne dźwięki „Death Becomes My Light” i to balladowe intro uważam za jedną z większych pomyłek kompozycyjnych Petrozzy.

Grzegorz: Ale czekaj, bo młody jesteś, a gadasz, jakbyś wszystkie rozumy zjadł. Właśnie tobie powinno się podobać to oblicze Kreatora. Jest idealnie skrojone pod nastoletniego słuchacza.

Łukasz: No widzisz, a ten nastoletni słuchacz woli „Endoramę”, która stanowiła swoiste novum w dyskografii Kreator, a przy okazji była zwyczajnie udaną płytą.

Grzegorz: Odważnie, ale nie wierzę ci. To co w tej płycie, jeśli w ogóle, ci się podoba?

Łukasz: Wszystko. Już samo to meandrowanie między oceanami gotyku i industrialu bez cienia kiczu, uważam za ogromny atut. Nie każdy potrafi tak dobrze wybrnąć z mocno kiczowatej podstawy. Petrozza potrafił.Kreator band

Grzegorz: A dziś? Co? Gra tak, jak mu Nuclear Blast każe?

Łukasz: Też, ale więcej każe koniunktura. Jak sam wspomniałeś, to płyta wręcz idealna dla nastoletniego metalowca z plecakiem-kostką i naszywkami Arch Enemy.

Grzegorz: I do tego z zestawem polskiego „ciężkiego grania”, a’la Kabanos i Luxtorpeda. Młodzi ludzie mogą, ale nie powinni zaczynać swojej metalowej edukacji od takich płyt, ale lepiej żeby w ogóle zaczynali od takiego strzału, niż zatrzymywali się na… nie wiem… power metalu? Choć sam bardzo lubię.

Łukasz: Ależ Grzegorzu, od „Gods of Violence” do power metalu droga niedaleka.

Grzegorz: Wiem, i chyba dlatego nie skreślam tej płyty, choć wracać do niej nie mam zamiaru.

Łukasz: Czy obecne dokonania Kreator mają szanse na pozytywne odznaczenie się pośród ogromu nadchodzących, metalowych płyt A.D. 2017?

Grzegorz: Nie, czas dorosnąć i albo słuchać black metalu tak jak wszyscy, albo słuchać własnej drogi. Niekoniecznie w Niemczech.

Łukasz: No dobrze, zbliżamy się do końca, więc czas na refleksję: czy ta płyta w ogóle ma przebłyski?

Grzegorz: Ma właśnie tam, gdzie thrash’owizna odchodzi na bok, i Mille pokazuje, że po pierwsze, jest cholernie dobrym gitarzystą, a po drugie, pomimo lukru, nadal jest lepsza niż „mainstreamowe” wydawnictwa.

Łukasz: To już chyba wolę mainstreamowe Megadeth z ubiegłego roku…

Grzegorz: I tu się zgadzamy. Tylko thrashem rządzi Testament. Więc ani Rudy ani Niemiec nie mają czego szukać.

Łukasz: Mówisz, że w sympatycznym kliencie sieci McDonald’s jedyna nadzieja?Ogień

Grzegorz: Oj tam, oj tam. Serio, jak chcesz jebnięcia, odpal sobie zeszłoroczny album Fury albo Red Death. Jest czego słuchać. W Mac-u nie jadam, w KFC przez moment w życiu pracowałem i wolę kurczaka niż kanapkę „na odp…”. Ma być masa. W thrashu też.

Łukasz: Mogę też włączyć tegoroczny Code Orange. Jest masa, furia i – jak ja to lubię nazywać – tona „fuck you attitude”.

Grzegorz: No tak. No i jest dziewczyna. Mała, ale jak wrzeszczy!

Łukasz: Wrzeszczy tak, że robimy wszystko, by uniknąć kontynuowania rozmowy o Kreator. Jakieś wnioski na koniec?

Grzegorz: Że nie wszystko złoto, co się świeci. Kreatora można posłuchać, można przymykać oko na te nieszczęsne klipy, i wspominać wielkość zespołu sprzed nowego millenium. Paradoksalnie, dopiero gdy zmiękczyli sound, trafili do docelowo szerokiego grona odbiorców. Ja to wybaczam, ale nie zdzierżę kolejnej płyty, z której jedyne co zapamiętuję to ilość melodyjek na utwór.

Łukasz: Jestem niemal pewien, że ten smutny scenariusz ziści się wraz z premierą kolejnego krążka.

Narzekali Łukasz Brzozowski i Grzegorz Pindor