KOZA – Patologya (Hashashins)

Czasami – nie wiadomo, dlaczego, bez specjalnej obsługi producenckiej, drogich teledysków i gangsta otoczki, pojawia się rap, który gdzieś tam trafia w splot słoneczny, wybija zęby i zostawia człowieka z pytaniem „o co, kurwa, chodzi”. Takim krążkiem jest „Patologya” młodego rapera Kozy, który zdążył już namieszać tak bardzo, że piszą o nim i media stricte hip hopowe i magazyny metalowe. Co cieszy a jednocześnie prowokuje do szukania źródła tych zachwytów, a może zdziwienia. Jest ich co najmniej kilka.

Podobno – bo prawdy nie zna nikt – Koza swój nowy album postanowił nagrać „z buta” bez szalonej produkcji, za jednym podejściem, w dodatku na kompletniej „bani”, żeby było jak najbardziej autentycznie. Pasuje to do dość aroganckiego wizerunku młodego gnojka, który niczego się nie boi, nikomu nie kłania, tylko nap… swoje chamskie szczekanie, mówiąc prawdę, jak tylko prawdziwy może być młodziak. I tu tworzy się się pierwszy problem: zamiast lekceważenia, jest szacun, bo ów młodziak z tak daleko posuniętą, własną wizją tego co chce przekazać i jak, pojawia się raczej rzadko wśród sklejonych z fejsem nastoletnich głupoli. Zatem plus. Kolejny plus za brak zahamowań. Kto nie wierzy, niech sięgnie po tzw. „koncert online”, który gdzieś w sieci krąży. Niech poczyta wypowiedzi Kozy, o tym, że nowy album będzie chujowy, rzucane często komentarze, utarczki w social mediach itp. Od wkurwienia do zdziwienia, czasami nie wiadomo o co chodzi, ale ok., jestem stary więc nie kumam tego co tam się odpier… To jednak tylko dodatki do właściwego dania, czyli „Patologyi”, drugiej płyty Kozy. I tu wchodzimy w następny na liście brak oporów w warstwie lirycznej. W zasadzie skupienie się na sobie i dość brutalne wywalenie tego wszystkiego w tekstach może być traktowane jako 100% autentyczność i ekshibicjonizm wręcz modelowy, albo kolejna zagrywka, podsuwana nam przez kolesia, który się chyba dobrze bawi. Zostawiam to „chyba” bo przecież nie kumam wszystkiego. Inna sprawa, to momentami odnoszone wrażenie, że Koza hip hopowcem jest dla wszystkich tylko nie dla środowiska hip hopowego, ale powiedzmy, daruję sobie takie analizy, bo nie chcę wdepnąć w kolejne bagno, styka, że sam zainteresowany na płycie dosadnie to komentuje – pierdolone cwele nazywają mnie raperem. I wszystko (nie)jasne.Koza

Doceniam za to dużą świadomość swojej twórczości – Koza wraz z pomocnikami twory całkiem składny obraz płyty. Owszem, miesza tu i trap i techno, od którego można z nudów zdechnąć, jest dużo dosadnych sampli, niekoniecznie kojarzonych z rapem. Czasami nasunie się jakieś skojarzenie, nawet śmieszne, bo np. jeden utwór nosi tytuł „Dostałem ten bit od R.A.U.-a”, ale to track „Nieodwracalne” brzmi jakby wypadł z „Mistrza Sztuki”. Świetny jest „Rumcays” (no jednak hip hop jak w mordę…), Koza potrafi drzeć się jak świr („Nie wiem kto to Kanye West”), dobrze łączyć wersy; może jest prościej niż na „Mystery Dungeon”, ale takie odchudzenie i w pewnym sensie uporządkowanie całości dobrze robi tej płycie. Jednocześnie praktycznie każdy kawałek jest tu „jakiś”, od powagi po swoistą groteskę („Stoły 3” z elektroniką w stylu Mikrobi); Koza doskonale się bawi i całość sprawia wrażenie bardziej autentycznej niż pozornie mogłoby się wydawać. Czy jest to jakieś proroctwo co do kierunku w jakim zmierza szczekana muzyka, nie wiem, mimo dobrego odbioru nie jestem w stanie zaufać – na razie – Kozie, bo czuję się jakbym cały czas był wodzony prze niego za nos. Za to w kategorii rozrywki płyta potrafi wciągnąć swoją świeżością.
Na ile jest to przypadek a na ile mamy do czynienia ze zbawicielem gatunku, pokażą następne (trzecie, he he…) rzeczy. Co może być ciekawe, zważywszy na dość jak na razie nieokiełznany, porywczy i mocno pokręcony/konfrontacyjny charakter Kozy. Ale o to chyba chodzi w tym bajzlu? Cóż, na pewno nie jest to muzyka/rap chujowa(y).

Arek Lerch

Cztery i pół