KOBONG – Kobong (Universal)

„No i gdzie byli ci wszyscy kupujący dziś reedycję, kiedy zespół potrzebował wsparcia?” – mruknął mój marudny znajomy. Cóż, ja sam kupując dwupłytowe wydanie „Kobong” wymieniłem wreszcie nabytą 22 lata temu kasetę. „Chmury nie było” wziąłem parę lat później z salonu Media Markt, gdzie walała się na wyprzedaży. Mam nadzieję, że wystarczająco legitnie wsparłem zespół – więcej zrobić nie mogłem, bo szybko przestał istnieć. W podobnej sytuacji byli, co umknęło mojemu koledze, wszyscy ci, którzy w momencie debiutu Kobonga mieli dziesięć, pięć albo minus dwa lata. I to oni są główną grupą docelową tego wydawnictwa, które wreszcie jest dostępne na nośniku w ludzkiej cenie oraz w serwisach streamingowych. Czas, aby na ten bankiet zaproszono sam zespół.

Czego nie napisano jeszcze o debiucie Kobonga? Podejmowano próby odnalezienia kontynuatorów ich myśli, czasem szukając ich bardzo daleko (Meshuggah). Wynajdywano źródła inspiracji w dziwnych miejscach (Frank Zappa?!). Widziałem nawet Umniejszanizm Stosowany w klimacie „bez przesady, przecież to tylko Primus spotykający Zeni Geva”. Nikomu się nie udało tego fenomenu opisać, i mnie też się to nie uda. Mam za to swoje wspomnienia i wiem, jak było wtedy i jak osobnym bytem był Kobong. W owym czasie nie rozumieliśmy tej osobności, nawet, jeśli jakaś część z nas była fanami ich płyt, jeśli płynęliśmy na fali entuzjazmu Zbyszka Zeglera i Rafała Księżyka, chyba największych stronników zespołu w prasie oficjalnej. Ale Kobong nie był częścią sceny niezależnej, gdzie mógłby supportować wspomniane Zeni Geva czy Nomeansno. Trafili do wytwórni, która przykleiła im obciachową naklejkę „Hard zone” i próbowała wytrychem z „Rege” otworzyć drzwi do serc fanów Acid Drinkers, Sweet Noise i Proletaryat. Szybko okazało się, że nastoletnia publiczność w większości pozostaje zaimpregnowana na ten dziwny metal, który wcale nie brzmi jak metal, bo brzmi jak metal grany jak jazz-rock, ale tego pojęcia nie znaliśmy. Słuchany dziś Kobong ujawnia fantastyczne piosenki, w których złożona struktura pomaga w słuchaniu, wspiera je zamiast przeszkadzać i rozpraszać słuchacza czczymi zachwytami nad umiejętnością instrumentalisty jednego z drugim. Epoka dostępności całej historii muzycznej alternatywy wykształciła też zupełnie nowe pokolenie słuchaczy, którzy przy odrobinie zaangażowania mogą być prawdziwymi erudytami, a taka muzyka już nie brzmi dla nich tak obco jak dla nastolatków z lat 90. Ale nie tylko muzyka odpychała odbiorców, bo fanom Titusa naprawdę nie dało się sprzedać piosenek o tym, że „starość cię obdarzy garbem, złamie cię jak patyk”. Karygodnie pomijanym aspektem geniuszu Kobong były teksty Wojciecha Szymańskiego, kronikarza obcości. To wybitna poezja wgryzająca się w trzewia, dokumentująca świat płonący wkoło i w głowie. Do tego samego pieca benzyny dolewał parę lat później człowiek z zupełnie innym kodem kulturowym, kudłaty blackmetalowiec ze Śląska.KOBONG

Wielkości Kobong nie rozumiała ani ówczesna publika, ani sam zespół. Być może to był klucz do owej wielkości – działanie instynktowne, bez planu, snów o potędze i światowej karierze. Ten meteor był skazany, aby spłonąć w atmosferze, inaczej być nie mogło. Jeśli na splendor trzeba było czekać kilkanaście lat, a na sensowną reedycję aż, o ironio, 23 – widocznie świat, trendy i świadomość musiały nadgonić zawartość „Kobong”. Wreszcie nie trzeba ssać go z blogspota ani odpalać na youtubie, nareszcie artystom też coś z tego skapnie. Nie mam w sobie żyłki snoba, nie czuję, że jacyś przypadkowi słuchacze kradną mi moją uświęconą kultem muzykę czy tym podobnych idiotyzmów. Nic z tych rzeczy – Kobong doczekał należnej chwały, co obserwuję z radością, bo to potwierdza, że ta muzyka wciąż jest aktualna. Cieszę się, że świat otwiera na jej cześć szampana, ja też chwycę lampkę.

Bartosz Cieślak