KOBONG – Chmury nie było (Universal 2018)

Mądre zdania o reedycji debiutu Kobong skreślił red. Cieślak i takie same słowa możnaby w pewnym sensie napisać o „Chmury nie było”. A z mojego punktu widzenia pasują do drugiej płyty dużo bardziej, bo to na niej czwórka muzyków wystrzeliła się na orbitę zrozumiałą dla nielicznych w czasie rzeczywistym a docenioną przez masy lata po premierze.

Traktuję dzisiaj debiut Kobong jako swoiste testowanie rynku i własnych możliwości. Zespół miał określoną wizję, jednak nie udało się jeszcze w pełni wykorzystać środków jakimi dysponowali. A może po prostu nie czuli, że są w stanie ich użyć? Trudno lata po premierze dywagować, jak było w rzeczywistości, tym bardziej że „Kobong” to i tak w stosunku do swojej epoki dzieło mocno odjechane i momentami wręcz eksperymentalne. Dopiero jednak druga płyta pokazała prawdziwe zamiary czwórki muzyków. Na „Chmury nie było” Kobong rozwinął skrzydła i udał się w nieznane, wyprzedzając jednocześnie wszystko co w ciężkiej muzyce miało się wydarzyć. I nawet dzisiaj słuchając tej płyty, trudno jednoznacznie wyznaczyć ramy gatunkowe. Trans, djent, metal, awangarda? Niby tak, ale nie do końca. Moim zdaniem, najważniejszą kwestią jest sama baza techniczna muzyków i fakt, że ich fenomenalne umiejętności nie dają się w żaden sposób zdefiniować. Nowatorstwo „Chmury nie było” polega na całkowitym oderwaniu muzyki od kanonów i standardów obowiązujących w ówczesnym, ciężkim graniu. Dzisiaj nadal poszczególne rozwiązania i pomysły aranżacyjne potrafią zaskoczyć. Całość, mimo polirytmicznego zagmatwania zaskakująco płynnie sunie do przodu, zapętla się i rozjeżdża czujnie prowadzona przez cztery muzyczne indywidualności.wydanie 2018

Nie ma sensu analizować poszczególnych utworów – kto zna, ten wie, kto nie zna, niech ma frajdę z odkrywania muzyki. Dla mnie pisanie o tej płycie jest czymś w rodzaju powrotu do przeszłości, bo miałem przyjemność uczestniczyć w próbach poprzedzających nagranie „Chmury nie było”. Możliwość obserwowania w jaki sposób pracuje ten kwartet, ich skupienia i bardzo konsekwentnego budowania muzyki było czymś fascynującym. Jednocześnie to był ich czas i gadki w stylu „dzisiaj mieliby większe szanse”, są kompletnie bez sensu. Być może teraz nie nagraliby niczego i to właśnie klimat lat 90., pewne przeciwności i wyzwania jakie czyhały na ówcześnie działające zespoły, powodowały, że w ludziach wyzwalała się pomysłowość, kreatywne zakręcanie rzeczywistości. Nie pamiętam czy tak było, ale przypuszczam, że Maciek, Bogdan, Wojtek i Robert mieli świadomość, że tworzą muzykę, która idąc na przekór trendom, nie trafi do szerokiego grona odbiorców. Czy chcieli być zespołem niszowym? Chyba nie. Byli jednak supernovą lat 90. – gwałtownie rozbłyśli i przez swój upór i konsekwentne trzymanie się własnej wizji równie szybko zgaśli.

Pozostała płyta i wspomnienia – z dużej chmury mały deszcz? Nie. Z chmurki, której nie było prawdziwy huragan.

Arek Lerch