KIRK – Za ostatni grosz (wyd. własne)

Warszawski kIRk budzi się do życia. W sumie trochę czasu upłynęło od premiery „III”, interesująco łączącej świat elektroniki i jazzu płyty, o której mieliśmy okazję na naszych łamach porozmawiać z zespołem. Pobudka to bardzo dobra, bo dziejąca się za sprawą małego, winylowego krążka z dwoma świetnymi nagraniami, dającymi przedsmak tego co wydarzy się na dużym wydawnictwie.

I w tym miejscu nie mogę sobie odmówić zacytowania autoreklamy, jaką na swoim facebooku zamieścił zespół, idzie to mniej więcej tak: Twarde, elektroniczne bity osadzone w organicznej strukturze. Rozedrgana trąbka wybrzmiewa wspólnie z chropowatym, brudnym samplem. Techniczna dokładność splata się z jazzowym wolnomyślicielstwem i hip-hopową bezkompromisowością. W zasadzie wszystko się zgadza, z tym, że nowy materiał pokazuje zdecydowanie przystępniejsze, lekko medytacyjne oblicze zespołu, który najwyraźniej złapał równowagę i pięknie płynie na elektronicznej fali. Zastanawiam się tylko, czy bardziej zerkają w przeszłość, podsumowując swoje życie, czy raczej śmiało idą do przodu. Tak czy inaczej, jest to bardzo smaczny kąsek, w dodatku opakowany w piękny obrazek. Małe dzieło sztuki.kIRk

Płyta to w zasadzie jedynie dwa niezbyt długie nagrania. Pierwsze może zaskakiwać, bo to dość swobodna wariacja na temat piosenki „Za ostatni grosz” Budki Suflera. Nie spodziewałbym się po kIRk takich inspiracji, i racja; temat potraktowany jest baaardzo swobodnie i gdyby nie opis, pewnie dałbym się nabrać. Płynie sobie ten numer powolutku, transowo, z lekkim, dubowym posmakiem. W tle zawodzi trąbka a całość jest ubrana w rewelacyjnie skrojone sample. Numer mimo swojego charakteru zdecydowanie koncertowy, do długich wycieczek. To jednak dopiero początek, bo drugi zaprezentowany na płytce utwór jest jeszcze ciekawszy – „Nie ma co silić się na naturalność” brzmi niczym soundtrack do filmowej impresji np. Larsa von Triera. Tajemnicze, elektroniczne manowce na jakie prowadzi zespół są dobrze podbudowane basami, gdzieś majaczy w tle trip-hopowe marudzenie a klasą samą w sobie jest lekko „stańkowa“ trąbka. I… koniec.

Właśnie – to jest największa wada tej płyty, która powstrzymuje mnie przed formalną oceną. Kiedy już odlatuję i wyrównuje mi się oddech, muzyka się kończy. Zbyt szybko. Narobiliście smaka i co teraz?!

Arek Lerch