KIRK – Ich dzikie serca (Fundacja Kaisera Söze )

Najnowsza płyta kIRk miała w ogóle nie powstać. W zasadzie nie wiem, czemu, ale takie info stoi na profilu zespołowym. Ponoć wszystko udało się dzięki determinacji wydawcy, muszę jednak przyznać, że wcale tego targania za uszy w kierunku studia nagraniowego nie słychać na płycie. Choć absolutnie nie  zgodzę się z zespołem, że nagrali najprzystępniejszy materiał w swojej dyskografii. Widzę tu raczej powolne odwracanie się do słuchacza plecami. Inna sprawa, że całkiem smakowite odwracanie.

Osobiście uważam, że najbardziej przystępnym materiałem był poprzedni album „III”, będący czymś w rodzaju odpowiedzi na stańkowy Freelectronic, tyle, że nagrany zapewne bez użycia narkotyków. kIRk nie może być jednak traktowany jako zespół jazzowy, bo choć takie elementy są obecne, to jednak podstawą jest zapętlona elektronika. A przynajmniej była, bo na nowej płycie grupa wykorzystuje syntetyki w najciekawszy i chyba najodważniejszy sposób w dotychczasowej karierze, zdecydowanie odchodząc od transowości i rytmicznego kontekstu. Trudno także stworzyć jednoznaczny schemat, w który udałoby się zamknąć ich muzykę, bo odważnie balansują na granicy różnych, czasami skrajnych gatunków. „Ich dzikie serca” jeszcze bardziej ów obraz gmatwają, plączą tropy i dostarczają wielu pytań. Bez odpowiedzi? Raczej tak, bo kIRk na nowej płycie jest zdecydowanie bardziej tajemniczy i małomówny niż bywało poprzednio.band

Najważniejszą cechą definiującą nowy materiał jest zwiewna atmosfera i wyraźne wycofanie zespołu – z mocniejszych rytmów i wyrazistych partii solowych pozostały strzępy. Dużo w tym niedopowiedzenia, sygnalizowania pewnych treści, które jednak nie są do końca opowiedziane, jakby zespół chciał zostawić finały poszczególnych historii dla siebie.  Wszystko brzmi, jakby kIRk przykręcił swoje zapędy i oddał się refleksyjnej podróży w nieznane. Motyw odkrywania nowych światów jest w zasadzie podstawą płyty, choć muzycy nie dają jasnych sygnałów czy bardziej chodzi o kosmosy, czy równie dobrze można płytą zilustrować eskapady dawnych podróżników – porównanie o tyle sensowne, że muzyka momentami brzmi jak rasowy soundtrack do filmu. Wprawdzie dźwięki są stopione w monolit, ale trzeba oddać hołd działaniom trębacza Olgierda Dokalskiego i wokalistki Antoniny Nowackiej. I odpowiednio mamy do czynienia z zaawansowaną dekonstrukcją jazzu i folkowej nuty. W pierwszej chwili partie trąbki i wokalizy zadziwiają pewną fragmentarycznością wypowiedzi, momentami w kontekście reszty muzyki są dysonansowe czy wręcz zimne i wytrącają  słuchacza z równowagi, ale w zestawieniu z całą płytą stają się jej logicznym rozwinięciem. kIRk łączy pozornie wykluczające się elementy, zaprasza  folk na kosmiczną wyprawę w towarzystwie miarowo pracujących samplerów, ale czy mamy do czynienia z muzyką przyszłości? Nie wiem, w zasadzie, co mnie samego zaskakuje, mam problem z jednoznacznym określeniem, co gra kIRk, bo płyta jest kalejdoskopem, muzycznym tripem, który każdy przeżyje na swój sposób. Nie ukrywam jednak, że potrzeba do „Ich dzikich serc” odrobinę cierpliwości, która jest niezbędna do   zrozumienia zespołowego zamysłu.

Arek Lerch

Cztery i pół