KETHA – Magnaminus

Krakowsko-rzeszowska Ketha rozstaje się z polskim rynkiem muzycznym bodaj najdojrzalszym, najbardziej nośnym i łapiącym za serce materiałem. Zespół odstawił metal na boczne tory, poszukał w sobie odpowiedniej dla doniosłej chwili odejścia w niebyt melancholii, i dodał tego całą gamę eksperymentów wymykających się jednoznacznym szufladkom.

Nie chcę szafować konkretnymi nazwami zespołów, do których panowie puszczają oczko, albo solowych płyt współczesnych tuzów prog rocka (metalu?), ale doszukiwałbym się nieśmiałych odniesień do perkusisty Navene’a Koperweisa (Animals As Leaders) przez wygibasy Polyphii. Mniej tu jednak czarowania słuchacza nienaganną techniką i chirurgiczną precyzją wykonania, a zabawy zapętlonym dźwiękiem, pulsującym dźwiękiem, pełnej prostych melodyjnych tematów, a najważniejsze, słyszymy chęć wciągnięcia słuchacza…Grafika

W labirynt, z którego nie da się uciec, a w zasadzie, to nie chce. Im dłużej słucham „Magnaminus”, tym częściej łapię się na tym, iż choć mam świadomość rozpadu zespołu, tak uważam, że nie ma tu ani jednego zbędnego (post-djentowego?) dźwięku, a brak wokalu jest właściwie nieodczuwalny. Jeśli Ketha życzy sobie zamilknąć, to jest to doskonały materiał, podsumowujący burzliwe losy grupy i muzyczne tornado jakie serwowali przez nieco ponad dekadę. Żywię jednak głęboką nadzieję, że zapowiadane zawieszenie działalności dotyczyć będzie koncertów, a nie wizyt w studiu Custom 34, gdzie najwyraźniej wytworzył się odpowiedni klimat do nagrywania progowych odjazdów. Jeśli mam być szczery, to ostatni koncert Kethy powinien odbyć się w towarzystwie kogoś z pakietu Arrm, Lonker See, a najlepiej So Slow. Wspólnymi siłami odmieniliby słowo trans przez wszystkie przypadki, a nie ukrywam, że jest to słowo-klucz potrzebne do rozgryzienia „Magnaminus”. Dodatkowo w rozwikłaniu zagadki rozwoju Maćka Janasa i spółki pomoże otwarta głowa, która lubi równie mocno Radiohead co Nine Inch Nails, ale przede wszystkim, ceni w muzyce wyjście poza rockowe instrumentarium („No Mind”), doceniając przy tym wylewający się w z głośników, przepełniony elektronicznymi smaczkami groove („No Heart”)

Grzegorz Pindor

Pięć