KETHA – 0 Hours Staright (Selfmadegod)

Podobno w życiu nie o to chodzi aby złapać króliczka, ale aby go gonić. Przygodą jest cały proces zdobywania szczytu, a te kilka chwil chwały na górze to tylko zwieńczenie trudu i spięcie go klamrą. Z takiego też założenia wychodzi KETHA i kiedy wydawało się już, że tego przysłowiowego króliczka złapała, udaje się w pogoń za następnym, zmieniając swój styl. Nie, nie zaczęli grać country ani muzyki biesiadnej – „0 Hours Staright” to porcja połamanej, awangardowej muzyki, do której nas przyzwyczaili, z tym że nigdy dotąd panowie nie byli tak chwytliwi i w jakiś tam pokręcony sposób przystępni. W radio ich nie usłyszycie, ale być może na koncerty przyjdzie kilka osób więcej.

Z tą przystępnością to nie chodzi o to, że KETHA zaczęła grać ładne piosenki. To nadal jest zwariowana muzyka. Utwory jednak mają lepiej poukładane aranże niż te na poprzednich płytach; sama płyta ma bardziej standardową strukturę: 8 kawałków, z czego najkrótszy trwa 3 minuty i 10 sekund, najdłuższy 6 minut i 36 sekund, pozostałe natomiast obracają się wokół 5 minut. Również brzmienie jest bardziej klarowne, ale nie straciło na tym nic ze swojej ciężkości – to sprawia, że do krążka naprawdę chce się wracać. Mimo, że muzyka ma w sobie ten matematyczny posmak, brzmienie jest bardzo naturalne, żywe. k0_promo_V1_01

Poza tym nie mogę wyjść z podziwu nad czysto technicznymi umiejętnościami wszystkich członków zespołu. Zazwyczaj nie robi to na mnie wrażenia. Umówmy się – do napisania dobrego utworu nie potrzeba wielkich umiejętności, co najwyżej wyobraźni, jakiegoś czucia instrumentu i godzin spędzonych na słuchaniu muzyki. Kiedy jednak muzycy mają wyobraźnię, wyczucie i osłuchanie, to wychodzą prawdziwe cuda. „0 Hours Starlight” ma bardzo schizofreniczną atmosferę – dużo tu zmian tempa, growle mieszają się z krzykami, recytacjami i dziwnymi mrukami, a wszystko to dopełniają dysonanse kontrastujące ze snutymi wokół nich całkiem melodyjnymi solówkami. Co tu dużo mówić – kawał płyty. Nie sposób się nudzić. Nie ukrywam, że mam słabość do rwanych, synkopowych riffów, którą to słabość zdają się podzielać panowie z zespołu, więc ten album po prostu musiał trafić w me gusta, ale zaprawdę powiadam wam, drodzy czytelniczy, że i w wasze trafi.

Paweł Drabarek

Pięć i pół