KEN MODE – Loved (Season of Mist)

Po trzech latach od wydania „Success”, całkiem zresztą adekwatnie zatytułowanego albumu, kanadyjskie trio powraca z co najmniej równie udanym „Loved”. I o ile w przypadku poprzedniej płyty tytuł fajnie zgrał się z wysokim poziomem, tak teraz może on być bardzo mylący. „Loved” bowiem nie ma nic wspólnego z miłością.

Najnowszy, siódmy już album Kanadyjczyków stanowi esencję wszystkiego, co po drodze udało się stworzyć KEN mode. To idealna wręcz wizytówka twórczości zespołu, nie tylko zawierająca wszystkie elementy, za które tę grupę lubimy, ale wręcz wyciskająca z nich absolutne maksimum. Nie jestem pewny, czy Jesse Matthewson kiedykolwiek z aż taką wściekłością wykrzykiwał kolejne wersy – zresztą, nawet w wyraźnie wolniejszym i bardziej nastawionym na zbudowanie pewnego niepokojącego nastroju „No Gentle Art” cedzi poszczególne słowa z taką złością, jakby był na granicy wytrzymałości. Również gitary, jak zwykle balansujące gdzieś pomiędzy stylem a’la Amphetamine Reptile Records a sludge’m z południa Stanów, zdają się być jakby „bardziej”. Fantastycznie brzmi sekcja – każde uderzenie w bębny w „The Illusion of Dignity” wręcz można odczuć fizycznie. Nawet wtedy, gdy do grania wkrada się nieco punkowej niechlujności („Doesn’t Feel Pain Like He Should”), zespół nie zamierza zdejmować nogi z gardła. Całą tę pełną furii aurę dopełniają niepokojące, hałaśliwe partie saksofonu – o ile np. w „The Illusion of Dignity” czy nawet w początkowo jakby jazzującym „This is a Love Test” stanowią tylko swego rodzaju ozdobnik, tak w totalnie przezajebistym „No Gentle Art” lśnią najpiękniejszym, lekko psychodelicznym blaskiem. Zresztą, w ogóle sposób, w jaki napisany jest ten utwór, choć prosty jak budowa cepa – w końcu zastosowano tutaj banalną wręcz grę kontrastów lekko-ciężko – ze względu na ten chaotyczny, nieskoordynowany, ale przy tym zabójczo skuteczny dźwiękowy atak zasługuje na najwyższe słowa uznania. Niezależnie, czy nazwiecie to noise rockiem, post-hardcore’m czy sludge’m – tak to trzeba grać.K m

„Loved” właściwie nie ma słabych punktów, co paradoksalnie może się właśnie okazać najsłabszym punktem. Jakkolwiek głupio to nie brzmi, boję się, że chłopaki nie dadzą rady nagrać już nic lepszego. Z drugiej strony, patrząc na przebieg ich kariery, może jest wręcz przeciwnie – i im są starsi, tym bardziej wkurwieni? Jeśli tak, to tylko czekać aż zaczną palić samochody na ulicach i niszczyć sklepowe witryny. Ja pójdę chyba razem z nimi.

Michał Fryga

Pięć