KĘKĘ/HASE – Basement Disco (Takie Rzeczy)

Rap niejedno ma imię. Oj, niejedno. Idzie w komercję, łączy pewne wysmakowanie z przystępnością i nośnością, smaga po uszach eksperymentalną formą, po mordzie daje uliczną szczerością, z której wychodzi niezwykła prostota, albo… stoi gdzieś pomiędzy, nie tyle nawet niezdecydowany, co raczej czerpiący z każdej gatunkowej odnogi po trochu. Takim właśnie połamańcem tkwiącym w rozkroku widzę „Basement Disco”. Rzecz jasna, patrząc na ten krążek z czysto formalnego punktu widzenia. Bo wyciąganie daleko idących wniosków jest, mimo wszystko, nie na miejscu – to ostatecznie „zaledwie” mała płyta i zjednoczenie sił, trampolina do czegoś większego i swego rodzaju… zachcianka.

Trochę spraw ich łączy, a trochę – dzieli. Kękę to, ostatecznie, jedna z największych nazw rodzimej sceny, człowiek, któremu sławę przyniosła przede wszystkim trylogia „rzeczy”, pokryta złotem, platyną i czym jeszcze popadnie. Hase – długo pozostający w podziemiu prospekt o nawijce, o jakiej mogliby pomarzyćKekę najwięksi. Teraz – w końcu; z pompą i pomocą bardziej obytego na salonach kolegi – wybija się na niepodległość. I słusznie. No dobrze, a co ich łączy? Pochodzenie. „Kękę i Hase to zwykłe, radomskie chłopaki”. No tak. Ubiegłoroczny album tego mniej znanego, zatytułowany „Procesy poznawcze”, ujął mnie ulicznym, choć eleganckim w pewnym sensie klimatem, opowiedzianym w naprawdę świetnym stylu. Techniką Hase może się pochwalić pierwszorzędną, ale – co najważniejsze – raper rozumie, że jest ona zaledwie środkiem, który bez wyrazistej historii blednie i traci na znaczeniu. Staje się celem samym w sobie, którym najeść się nie można. Snuje zatem Hase te swoje opowieści, obskurne niby, choć wciągające. Babrzące się w dosłowności, choć niejednoznaczne. Czy raczej… snuł. Albo inaczej – styl jego (żywię głęboką nadzieję) pozostaje niezmienny, natomiast na omawianej ep –ce ustępuje miejsca takiemu wulgarnemu siły pokazowi. „Disco” w tytule nie znalazło się bowiem przez przypadek. Taneczne zabarwienie najmocniej daje o sobie znać w utworze tytułowym. To deklaracja, podobnie jak całość płyty. Hymn śpiewany na pohybel hejterom. Na „Basement Disco” brak wysublimowanych metafor i drugich znaczeń, które można by z zachwytem odkrywać przy n-tym odsłuchu. To nie ten adres. Tutaj jest prosto i konkretnie, momentami może nawet zbyt dosłownie, ale widocznie tak być musi. Uroki obranej estetyki. Zastanawiam się, czy wspomniany numer nie okaże się czymś w rodzaju guilty pleasure nawet dla tych, co rapu słuchają na co dzień. W refrenie dzieje się bowiem dyskoteka pełną gębą, taka z cekinami i podpitym Hasewodzirejem… Mimo wszystko – niesie. I to jak.

Bardziej na tej ep –ce podoba mi się Hase. Nic w tym dziwnego; „Basement Disco” to dla niego niejako okno wystawowe udostępnione przez wyjadacza. Zachwyca tym, co za mocną stronę miał zawsze: niecodziennym stylem, językową sprawnością, świetnym flow. Kękę wypada przy nim mniej wyraziście, bo i nic już nie musi. Nad techniczne połamańce przedkłada klimat. Taneczny, choć nie do końca oczywisty. Pochyla się nad wirtualną stroną międzyludzkich relacji („Nie mam na fejsie”) i zastanawia, co by to było, gdyby został posłem („Nie ma władzy”). Miąższ tej ep –ki jest jednak ukryty gdzie indziej: to powracający bez końca motyw oczekiwania na swoją szansę i budowania sukcesu ciężką pracą. Wygląda na to, że Hase w końcu się doczekał, a ostanie dni w podziemiu uczcił szaloną dyskoteką. Teraz pozostaje tylko czekać na jego kolejną solówkę.

Adam Gościniak

Zdjęcia: LeNarth Photography/Jimmy

Cztery