KATIE CAULFIELD – Sow thistles

Lata temu hasło „demo” oznaczało odrapaną kasetę, na której debiutujący zespół zarejestrował rzeźbione na sali prób wypociny. Wprawdzie dzisiaj na fali oldskula moda na kasety i nagrywane jednym mikrofonem dziwactwa święci triumfy, jednak sformułowanie „debiutant” przestało kojarzyć się pierwszymi, nieudolnymi krokami w biznesie. Jako przykład tej tezy przedstawiam Katie Caulfield z Krakowa. Istniejący ok. roku zespół, który zarejestrował debiutancki materiał o takich pokładach depresji i krwi wylewającej się z głośników, jakby jego członkami byli nadwiślańscy Hiobowie, na których zwaliło się całe nieszczęście III RP. A przecież już wkrótce będzie IV. Co wtedy?

„Wchodząc do studia nie mieliśmy zaplanowanego ani jednego utworu” – opowiada w wywiadzie szef ukrywający się pod żeńskim pseudonimem i faktycznie, cierpiętniczy luz tej płyty to podstawowa zaleta. Młodziaki zdążyły zebrać doświadczenie olewczego stylu Sonic Youth, shoegaze’ową śmierć w oczach, smutek co bardziej emocjonalnych wyprysków z Sub Popu i zgrzytliwość godną noise’owych straceńców. Z drugiej strony – trudno w to uwierzyć, bo sporo tu zgrabnie ujętych piosenek, które bez problemu można zapamiętać. A nawet nucić przy goleniu, broń Panie, tylko bez brzytwy!

„Sow-thistles” składa się z dziesięciu piosenek i jednego, zagranego na pianinku przerywnika („F”), wciąga swoją emocjonalną zarzynką, zostawiając głębokie bruzdy w głowie. Jakoś tak nieświadomie przejąłem retorykę zespołu, jednak w tej płycie słychać wszystko, co w „muzyce skargi” udało się zrealizować, począwszy od Cohena, przez Cave’a, My Bloody Valentine, a skończywszy na współczesnych, zmanierowanych i genialnych w swoim psychicznym dojeździe Duńczyków z Iceage. Pozornie grane od niechcenia dźwięki, balansujące często na granicy fałszu, załamujące się wokale i ogólna atmosfera rozpięta między podnieceniem i rozpaczą – tu każdy może zwariować i właśnie dlatego tak ekscytujący jest ten kawałek muzyki. Żeby jednak nie było – zespół potrafi całkiem sprawnie przykuć uwagę radiowym refrenem w „Nails&Nails” i złośliwie skontrastować go z utworem tytułowym, który brzmi jakby do instrumentów dorwali się napruci amfą jazzmeni, tuż przed popełnieniem samobójstwa. W tych najnormalniejszych momentach brzmią z kolei jak uczniowie Seam czy Sunny Day Real Estate („Gauloises”, „Children with sow-thistles in their mouths”). Rodzynkiem jest za to ocierający się o shoegaze „Jesus” z piękną, barokową ornamentyką gitary. W zasadzie każdy numer przynosi samo dobro emocjonalnego hałasu w różnych odcieniach. Jasne, nie ma tu budowania specjalnie pogiętych aranżacji, utwory brzmią jakby muzycy od niechcenia bawili się instrumentami i tylko przez jakiś niewytłumaczalny przypadek wychodziły im piosenki.Katie 2

I jak to się nazywa? Talent? Arogancja? Mistyfikacja? Mój radar dość łatwo wyławia dźwięki wykoncypowane „na siłę” i opakowane w łopatologiczne treści, jednak w tym przypadku faktycznie widzę ranę w sercu i smutek we łbie. Może jest w tych muzykach coś z manierycznej postawy wyobcowanych chłopców, ale umówmy się – właśnie te co bardziej wyalienowane jednostki są w stanie zrobić coś co nas poruszy, wkurwi, zdziwi i ucieszy. Trzecią wojnę, bombę atomową albo kokakolę. Kolejność dowolna.

Arek Lerch