KAMP! – Dare (Agora)

Czy można słuchać KAMP! zaraz po lekturze np. płyty The Spouds?  Oczywiście. Trzeba  mieć odrobinę schizofreniczną naturę i nie bać się, że jakiś debil napisze na forum, że Violence się sprzedał a jego dziennikarze to idioci. Nie mam z tym problemu, tym bardziej, że „Dare” to bardzo fajna, krajowa produkcja uznanego składu.

Ostatnie wydarzenia w polskim biznesie (muzycznym?) pokazały co tak po prawdzie rządzi słuchaczami. Kieleckie i warszawskie imprezy taneczne (wiadomo o co chodzi) nie pozostawiają złudzeń, że muzyka biesiadna, rozrywkowa i raczej na maksa płytka zgarnia pierwszą nagrodę i choćby się ambitny dziennikarz prężył i zjadł sto kotletów, i tak tego faktu nie zmieni. A przecież tu i tam mamy sporo zespołów, co taneczne, popowe, choć gdzieś tam w podtekście alternatywne dźwięki potrafią wznieść na wysoki, światowy poziom. Ot, chociażby łódzki KAMP!, który trzecią płytą, po lekko eksperymentalnym krążku „Orneta” wraca w miękkie ramiona synth popu.KAMP!

„Dare” może się spodobać przede wszystkim bardzo wyrównanym poziomem. Oczywiście, oznacza to, że murowanego hitu nie będzie, choć takie „My love” mogłoby ozdobić niejedną radiową playlistę. Zespół z dużym znawstwem czerpie z dorobku lat 80., przygląda się scenie house, delikatnie zapożycza kilka brzmień z world music i łączy to wszystko w zgrabne piosenki, raz mocniej, raz tylko delikatnie pulsujące syntetycznym basem i otulone przestrzennymi syntezatorami. Mam wrażenie, że na „Dare” KAMP! Skoncentrował się przede wszystkim na dobraniu brzmień i ułożeniu ich w nieinwazyjną, miękką mieszankę, która znakomicie koi nerwy. Jasne, nie ma tu ani jednego kroku w bok, nie ma żadnych ryzykownych brzmień czy wybujałych pomysłów aranżacyjnych, ale powiedzmy sobie szczerze – czego od tego zespołu oczekujemy? Ano właśnie – dobrej rozrywki, bez jakichkolwiek elementów, które mogą zakłócić przyjemny letarg. Płyniemy błogo z „Nanette”, wspominamy Simply Red w „New Season”, gibamy się na parkiecie wraz z „Dalida” (ach, te vocodery), „Race Gyal” i „Manana”, by wreszcie złapać oddech wraz z pościelowym „Drunk”. Jeśli już coś drażni to zbyt dyskotekowy i niepotrzebny w sumie „Don’t Clap Hands”. Przyjemna porcja rozrywki, jeśli ktoś oczywiście może przeżyć bez gitar. Fani Editors (gdzieś z okolic „In Dream”), Uniqplan i (być może) White Lies na start.

Arek Lerch 

Zdjęcie: Monika Kmita

Cztery i pół