KAMASZ – Eight Rocks from Grandma’s Box (Multikulti)

Gitara kojarzy się każdemu z hałasem. Z ostrym riffem i rozkręconym na full wzmacniaczem. Wchodząc głębiej, odkrywamy kolejne zalety tego instrumentu, który wcale nie musi być głośny. No i w jakimś momencie dochodzimy do jazzu. Przyznam, że nie jestem strasznym zwolennikiem jazzowej gitary; owszem gdzieś tam śmiałem się z Pata Metheny’ego, z ostrożnym szacunkiem podchodziłem do Jarosława Śmietany, ale dopiero po lekturze Dennison/Kimball Trio zrozumiałem, że improwizująca gitara nie musi być mdła. Chwilę zawahania miałem też, kiedy zobaczyłem, że w KaMaSz trio nie ma saxu, ale właśnie sześć strun.

Tylko chwilę, bo już od pierwszych sekund było wiadomo, że ten instrument w ręku Marka Kądzieli będzie rządził pieprzem i frazami, które do łatwych nie należą i choć nojz to nie jest, momentami zęby bolą. Fajnie, bo nie ma nic lepszego niż jazz ze zmierzwioną fryzurą, operujący kontrolowanym chaosem i flirtujący z eksperymentem, trzymając się jednocześnie tej istotnej „muzykalności” powodującej, że nawet w tych trudniejszych momentach wszystko jest transparentne. Z kim mamy do czynienia? Krótko: wspomniany gitarzysta to doktor sztuk muzycznych, kontrabasista Jacek Mazurkiewicz, cóż, jego przedstawiać nie trzeba (że o Jachna/Mazurkiewicz/Buhl wspomnę), obok muzykowania powołał też swoją wytwórnię muzyczną, wreszcie perkusista Krzysztof Szmańda, również utytułowany i wykształcony. Miejsca mamy mało, więc nie ma sensu wymieniać wszystkich osiągnięć, sięgnijcie do notki wydawcy, tam jest wszystko. W każdym razie, trudno oczekiwać, że taki skład stworzy gniota, choć można się obawiać czy nie będzie to muzyka zbyt wydumana. Nic bardziej mylnego.kamasz

KaMaSz leci z muzyką w rozkroku – bo siedzi zarówno w kanonie, ale jednocześnie jest mocno alternatywnym produktem. Odnoszę wrażenie, że muzycy przerzucają pomost między tradycją a współczesnym rozumieniem jazzu jako sztuki wolnej od wszelkich ograniczeń. Mocno europejski sznyt, rozpościerający się między szeleszczącą awangardą, szorstkimi ambientami („Xiamin” czy „Kromenyt”, swoją drogą, świetne tytuły…), mocnymi gruwami (rozedrgany, funkujący „Helizayn”) i – tak, tak, nie regulujcie odbiorników – nojzem („Jasntyk” – czy perkusista gra tu blasty?!). To jednak tyko pewne punkty wyznaczające zakres poszukiwań, dużo ważniejsze są tworzone faktury i sposób w jaki gra każdy z instrumentów, wszystko skłania się w stronę eksperymentu i zabawy dźwiękiem, tradycyjnego swingu jest tu raczej mało, więcej pulsu, który może być wam znany z płyt… Alamedy 5 czy Innercity Ensemble. Jeśli już pojawia się coś bardziej tradycyjnego (np. „Grobracht”), bardzo szybko zmienia się w plemienne pląsy, niemal rytualne rozedrganie i w takich momentach ta muzyka zaczyna ocierać się o geniusz – niepokojący „Misjo”, transujący „Natarcz” z hipnotyzującymi preparacjami perkusyjnymi, niemal awangardowy „Kontryfut” – w tych numerach dzieje się tak dużo, że analiza zależności między instrumentami, zabawy fakturami brzmieniowymi, technik stosowanych przez muzyków zajęłaby zbyt dużo miejsca. Płyta wyszła w maju, jednak uciekła gdzieś bokiem, zapewne dlatego, że nie jest zbyt przystępna (choć łatwiejsza jednak chociażby od „God’s Body”…), być może także dlatego, że na scenie improwizowanej codziennie wydarza się coś nowego. Odszukajcie ją, bo zdecydowanie jest to kolejne, znakomite i poszukujące, choć mocno niedocenione trio…

Arek Lerch 

Sześć