JULIA MARCELL – Skull Echo (Mystic)

Nowy album Julii Marcell jest potwierdzeniem teorii, że nic w życiu nie jest stałe. Kiedy opisywałem poprzedni album wokalistki czyli „Proxy”, byłem przekonany, że to w pewnym sensie finał poszukiwań, tymczasem „Skull Echo” jest kolejnym krokiem w nieznane, choć przyznam, że w pierwszym momencie miałem dość mieszane uczucia. Julia Marcell nie poszła na łatwiznę, raczej wymaga od nas minimalnego wysiłku podczas lektury nowego dzieła i chyba pierwszy raz jest tak bardzo osobista w swoich wynurzeniach słowno – dźwiękowych.

Mieszane, bo kiedy okazało się, że pani Marcell nagrała płytę w zasadzie w całości elektroniczną, stwierdziłem, może nieco złośliwie, że to jakaś forma pójścia na łatwiznę. Takie mamy czasy oszczędne, że lepiej jeździć na koncerty z samplerem niż całą trupą. Tak było przez kilka minut, bo im dłużej kolegowałem się ze „Skull Echo”, tym bardziej robiło mi się głupio, że tak pochopnie oceniłem intencje artystki. Faktycznie, jest elektronika, faktycznie żywe instrumenty są tylko delikatnym dodatkiem i tylko w paru miejscach. I faktycznie wpisuje się, przynajmniej pozornie w całą tą electropopową kawalkadę. I tyle. Bo kiedy zaznajomimy się już z płytą, okazuje się, że Julia Marcell nie tylko nie poszła na łatwiznę, ale wręcz przeciwnie, stworzyła raczej album trudniejszy, bardziej wymagający a przede wszystkim odważny, bo w jakiś sposób elektroniczne tła jeszcze bardziej uwypukliły głos, który momentami brzmi jakby wędrował po samotnych przestworzach. W każdym razie, trzeba kilka razy przejechać się z płytą, by ją docenić i finalnie uznać, że to chyba lepszy niż „Proxy” materiał. Inny. Ciekawy, momentami zaskakujący.image002

Co zaskakuje? Może fakt, że zamiast tworzyć zgrabne potupajki, Julia bawi się elektroniką, która często jest bliższa eksperymentowi niż piosence, tworzy dziwne, niepokojące harmonie, meandruje między mrocznym electro, ambientami i raczej skłania się ku nowoczesności niż  –  jak mogłoby się wydawać – flirtuje z np. latami 80. Do tego dochodzą bardzo ciekawe partie wokalne, tworzące intymny świat, który jakby zastygał w próżni i wcale nie chciał się przed nami otworzyć. Może być to taneczny „Moment i wieczność”, tuż obok czai się psychodelizujący „Czas”, jest nostalgiczna… „Nostalgia”, są klimaty –„Prawdopodobieństwo”, mroczny „Którędy do teraz”, nowofalowe „Domy ze szkła”, kejtbuszowy „Otwórz głowę”, jest wreszcie siedmiominutowy, kosmiczny techno – trip „Mamo”, który najdobitniej pokazuje, że Julia wyzwoliła się z okowów piosenki. Nie wiem, czy taki klubowy klimat przypadnie do gustu fanom „Proxy”, ale w tym, momentami niemenowym wręcz zwrocie w stronę eksperymentu jest coś pociągającego. W połączeniu ze smutnymi, lekko filozoficznymi tekstami, wędrującymi gdzieś do środka, powstaje płyta, która nie jest łatwą zdobyczą. Trzeba  się nieco wysilić i dać „Skull Echo” czas. Zobaczycie co tam zakiełkuje po jakiejś chwili. Dopiero wtedy wystawcie sobie ocenę.

Arek Lerch