JULIA MARCELL – Proxy (Mystic)

Julia Marcell to przykład tzw. kariery odwrotnej – czyli najpierw był wyjazd do Berlina, płyty anglojęzyczne a dopiero potem zwrócenie się w stronę krajowego słuchacza. Efektem jest kolejny krążek w całości zaśpiewany po polsku a także – co jest miłym zaskoczeniem – przewietrzenie kompozycji, co zaowocowało prostą i niesamowicie nośną alternatywą najwyższych lotów. Wreszcie.

„Proxy” pojawia się w bardzo dobrym momencie. Jestem już zmęczony tzw. nową alternatywą z damską twarzą. To co jakiś czas temu mnie intrygowało – koedukacyjne duety z panem pukającym w syntezator i sennie śpiewającą panną – zaczęło uwierać a na końcu zwyczajnie wkurwiać. Po pierwsze, bo ileż można słuchać takich samych podkładów ze smutnymi, plastikowymi bębnami i pseudo soulowym zawodzeniem, po drugie – przeszkadzała mi świadomość, że w wielu przypadkach było to pójście na łatwiznę: mniej sprzętu, wystarczy „maluch” i jedziemy na koncert. Koszty mniejsze, zysk większy, organizator chętnie zaprasza. Casus disco polo jak nic. Szacunek zatem dla wykonawców stawiających na pełną instrumentację, bez dorabiania filozofii do zwykłej oszczędności. Julia Marcell to dobry przykład. Na nowej płycie mamy pełny, rockowy skład, produkcja nie narzuca plastikowej kapoty, a Julia okazuje się być nie tylko sprawną kompozytorką, ale także mądrą osobą (geny po ojcu jednak się odzywają…). Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że słowa „Na co komu ta mądrość/Tylko się człowiek stresuje/Głupotę ci każdy wybaczy/Brzydoty nie daruje” („Tarantino”) łażą za mną od paru dni i nie chcą się odczepić. Skoro przy tym temacie jesteśmy – dużo ciekawych spostrzeżeń pojawia się na „Proxy” – jest smutna refleksja nad naszym ogórkowym kapitalizmem, który robi z nas dziwki („Tesco”), jest też oczywiście coś o dyktacie współczesnych cyfro – mediów, które system „dziel, rządź i twórz statystyki” opanowały lepiej niż faszyści. Czasem Julii, jak to facet, nie mogę skumać, ale sytuację fajnie wyjaśnia coś w rodzaju podsumowania płyty – cytat z kończącego zestaw kawałka „Andrew” – „Czasem myślę, jak dziwnie być człowiekiem/I bać się ducha własnego”. Mądry zestaw; być może filozoficzne wywody mani Marcell nie będą wymieniane obok dokonań Bonhoffera czy Younga, ale w paru miejscach serwuje nam zaskakująco trafne – i dobrze jak na jak na płytę pop wyartykułowane – przemyślenia.J.M

Skoro wiemy już, że płyta jest – hmmm – mądra, czas przejść do dźwięków, bo od nich wszystko się przecież zaczyna. Jak wspomniałem, „Proxy” zachwyciła mnie naturalną surowizną. Warstwa rytmiczna wysuwa się do przodu, bębny są szorstkie, mocne i trzymają wszystko w kupie. Oczywiście, bardzo dużo do powiedzenia mają instrumenty klawiszowe, ale są bardzo sprytnie wplecione w warstwę aranżacyjną. W zasadzie ani przez moment nie miałem wrażenia, że plastik dominuje, choć często to właśnie ta część instrumentów tworzy wiodącą warstwę poszczególnych piosenek. Przede wszystkim – prostota. Główny, nośny temat, dobry drajw. Fajne basy i sugestywny śpiew. Julia stworzyła płytę, będącą blisko ideału alternatywnego popu. Jest i przebojowo (szczególnie początek płyty), czasem może zaskoczyć nawiązanie do klasyki rocka (np. „Tesco” ma coś z Maanamu…), czasami trafi się mocno analogowa elektronika w świetnym songu „Ministerstwo mojej głowy”, ale są też i ballady (najlepszy przykład – staroświecko brzmiący „Marek”). Liczą się szczegóły – pulsujący funkowo bas, fajne, połamane rytmicznie wejście w „Wstrzymuje czas”, lekko hip-hopowe frazowanie w „Tetris”. Pozorna prostota kryje sporo ciekawych rozwiązań, jednak po lekturze wiadomo, że pani Marcell chodziło przede wszystkim o przystępność materiału. W zestawieniu z nieco schizofrenicznym, mocnym krążkiem „Sentiments” czy rozbudowanym aranżacyjnie „June”, „Proxy” jest frywolna, lekka, łatwo się z nią zaprzyjaźnić, ale to tylko pozory. Im dłużej słuchamy, tym więcej pytań gromadzi się w głowie. Jest takie ładne określenie „pop inteligentny” – już gdzieś go stosowałem – pasuje do tej muzyki jak ulał…

Na „Proxy” – fajnie korespondując z okładką – Julia Marcell rozprawia się z popkulturą, naszymi powszednimi demonami, zarówno mentalnymi jak i materialnymi. Rozrzuca je wokół siebie, bawi się, ale jednocześnie poważnie deklaruje – „po co mam się martwić na zapas”. I taki optymistyczny posmak zostaje w głowie, kiedy wybrzmią ostatnie dźwięki. Nie mam pytań, chcę więcej.

Arek Lerch

Zdjęcie: Krzysztof  Wyżyński

Pięć