JUDE – Pigment (Requiem)

Umiemy robić w industrialu. Od dawna. W bardzo różnych odmianach. Począwszy od prymitywnych początków, skończywszy na bardziej wysublimowanych pomysłach z korzeniami gatunku nie mających zbyt dużych koneksji. Nie ulega jednak wątpliwości, że najlepiej czujemy się w brudnych, zasyfionych i ciężkich jak cholera brzmieniach. W ubiegłym roku chwaliłem w tym temacie Whalesong, dzisiaj parę miłych słów odnośnie nowej płyty Jude.

Industrial jako gatunek mocno ewoluował, choć trzeba też jasno powiedzieć, że nie wygenerował aż tylu podgatunków co, powiedzmy metal, jednak w pewnych względach schemat jest zauważalny, np. w hołdowaniu mrocznej klasyce gatunku, czego dowodem może być opisywany tu Jude. Projekt dość tajemniczy, raczej rzadko udzielający się koncertowo, esencja niezależności i gwarancja stylu. Projekt, który modom się nie poddawał, zatem ich muzyka ulegała na przestrzeni lat niewielkim modyfikacjom. Na nowej płycie owe modyfikacje polegają głównie na wyraźnym ukłonie w stronę surowego, nieprzejednanego brzmienia i jeszcze większej dawki przemocy.JUDE

W zasadzie trzon jest taki sam jak w przypadku wspomnianego Whalesong. Zgrzytliwa ściana gitar, mechanicznie prowadzone bębny, brudne, agresywne wokale. Trzeba wsłuchać w dźwiękową magmę, by powoli przyswajać wychodzące z drugiego i trzeciego planu elektroniczne eksperymenty (całkiem sporo), traktowane oczywiście jako dodatek, ale sprytnie komponujące się z zasadniczą rozwałką. Klimat apokalipsy został zachowany, w dodatku podkreślenie niektórych fragmentów przez instrumenty dęte (sample, jak mniemam…) dodaje nagraniom pewnego patosu, który w innym przypadku byłby nieco pretensjonalny, a na „Pigmencie” przyjemnie łagodzi hałaśliwy i nieprzystępny, dźwiękowy monolit. Z pewnością nie jest to muzyka dla każdego i nie na każdą okazję, jednak stylowość, z jaką do industrialnej natury podchodzi Jude, budzi szacunek. I na koniec oczywista oczywistość – moje skojarzenia biegną w stronę takich płyt jak „Cop” czy „Filth” Łabędzi, bo to tam tkwi korzeń i fascynacja Jude. Zatem, najlepsze momenty to dla mnie „Ultimatum” i „Praxis”. Esencja stylu, jakby nie patrzeć…

Arek Lerch 

Cztery