JOHN PORTER – Honey Trap (Mystic)

Nasza krwiożercza rzeczywistość bezpardonowo gloryfikuje młodość. Firmy pełne są gówniarzy, którym wydaje się, że trzymają pana Boga oburącz za nogi. W mediach trąbią, że po ukończeniu 35 roku życia pracownik może już nie znaleźć pracy a po czterdziestce powinien w zasadzie wylądować w domu starców. Kto przekroczył próg kolejnej dekady, śpi w trumnie. W myśl tych kretynizmów, John Porter powinien grać co najwyżej aniołom w niebie a nie wałęsać się po ziemi. Na całe szczęście, na razie ma się świetnie, co potwierdza nową, bardzo udaną płytą. Raczej dla starszych.

Ostatnia uwaga odnosi się do formy muzyki, która programowo unika jakichkolwiek skojarzeń z nowoczesnym graniem, takąż produkcją i grafiką. Nie ma w niej nic krzykliwego, dominuje raczej minimalizm użytych środków, które generują za to niesamowity klimat. Wyobraźcie sobie werandę, gdzieś na wsi, jesień i zachodzące słońce. Na werandzie siedzi dżentelmen, popija łiskacza, pali papierosa i śpiewa smutne piosenki, akompaniując sobie na gitarze. Oczywiście, to tylko pewna klisza, bo na „Honey Trap” mamy cały, elektryczny zespół, ale powyższa wizja, w zasadzie cały czas nam towarzyszy. Zamiast atakować bogactwem dźwięków, John spokojnie sączy w nasze umysły komunikat, że nigdzie się nie spieszy, niczego nie chce udowadniać. Po prostu gra tak jak lubi najbardziej. Charakterystyczne, oszczędne bicia jego gitary, minimalistyczna perkusja i głos. Głos, który mówi nam, że jego właściciel wszystko już widział i przeżył. Choć nie jest to też płyta specjalnie minorowa. Jej balladowy, „zmęczony” charakter jest odzwierciedleniem przemyśleń, jakie autor chce nam przekazać, na temat świata, miłości i jej poszukiwania. Zwyczajnie fajnie się tego słucha, warunek jest tylko jeden – musimy mieć czas. Pośpiech jest dla tej płyty zabójczy.Porter

Nowy materiał Porter nagrywał w Anglii ze swoimi starymi znajomymi. Słychać, że panom nie zależy na przytłoczeniu słuchacza. Starają się raczej nadać każdemu dźwiękowi emocjonalny wymiar. „In the Blue Room” to dobry przykład. Pojedyncze uderzenia stopy, osamotnione akrdy gitary. Kłania się Tom Waits i Lou Reed. Choć wśród tego zestawu znalazłem całkiem sporo odniesień do innego barda – Nicka Cave’a. „Black With the Blues”, ciemna, rzężąca ballada „Dreaming of Drowning” czy wreszcie najdosadniejszy przykład – „Something New”. Nie sądzę, by John specjalnie szukał takich powiązań, ale jego głos, zjechany przez różne substancje i doświadczenie życiowe nadają jego muzyce głębi podobnej do dokonań Australijczyka. Udaje mu się też stworzyć przejmujący, przebojowy temat „Night Smoke” w którym gitara rewelacyjnie podkreśla linię wokalną. Mistrzostwo minimalizmu. Za to „Light On a Darkened Road”, jestem tego pewien, pochodzi jeszcze z okresu wspólnego muzykowania z Anitą Lipnicką. Słuchając tego kawała człowiek wręcz czeka, kiedy pojawi się głos wspomnianej pani. O dziwo, kawałek doskonale do zestawu pasuje. Porter potrafi też zagrać całkiem wesoło („No Place To Go”), generalnie dominuje jednak poważna, introwertyczna jazda, oparta na kanonach bluesa i rocka.

Stare granie w wykonaniu Portera smakuje wyjątkowo dobrze, szczególnie po którejś z kolei randce z płytą. Życiowa dojrzałość, duży talent i wewnętrzy spokój to składniki, które decydują o charakterze muzyki, którą chyba mogę uznać za najlepsze dzieło od czasów legendarnego albumu „Helicopters”. Co nie zmienia faktu, że pewnie płyta przejdzie gdzieś obok nas, bo wspomniany we wstępie, współczesny świat zwraca na coś uwagę, kiedy otrzyma kopniak w ryj. A tego nam John Porter na pewno nie zafunduje, siedząc sobie spokojnie na werandzie, z dala od zgiełku…

Arek Lerch 

Pięć