JOHN GARCIA – The Coyote Who Spoke in Tongues (Elektra Records)

Gdybym miał wytypować dziesiątkę swoich ulubionych płyt ze świata stoner rocka bądź stoner metalu, poległbym w przedbiegach. Wbrew bogatej historii gatunku i obecnie panującemu nań trendu, ciężko byłoby mi wskazać pozycje, które wyrwały mnie z butów, takich płyt powstało może kilka. Wśród nich ulokowałbym owiany kultem debiut Down, „Time Heals Nothing” niezapomnianego Crowbar i „In the Arms of God” Corrosion of Conformity. Tyle przychodzi mi do głowy na obecną chwilę. Może nie dojrzałem na tyle, by docenić zaczadzone dymem rozpalanych skrętów dźwięki tak, jak ich zagorzali fani, którzy stanowią pokaźną część metalowej braci. Mimo tego, ostatnimi czasy miałem przyjemność obcować z kilkoma przyjemnymi propozycjami utrzymanymi w ramach stoner/southern rocka. Jedną z nich była najnowsza solowa płyta Zakka Wylde, a tytuł drugiej widoczny jest na początku tego tekstu.

„The Coyote Who Spoke in Tongues” poznałem przypadkowo, przez zwykłe zrządzenie losu. Gwoli ścisłości, przez Maćka Krzywińskiego, który w swojej radiowej audycji wyemitował kilka utworów z drugiego krążka niegdysiejszego wokalisty Kyuss. John Garcia na swojej tegorocznej płycie nie stoi w opozycji do tych pierwiastków stoner rocka, które traktuję z pewną niechęcią. Z pewnością duży wpływ na charakter materiału ma jego urzekająca oszczędność. Nie to, żeby na zwykłej płycie z przylepką „stoner” iskrzyło się od skomplikowanych motywów, czy bogactwa melodii; co to, to nie. „The Coyote…” to krążek nagrany niemal stuprocentowo akustycznie. Oprócz okazjonalnych muśnięć klawisza, na album składa się tylko zadziorny głos Garcii, a wraz nim snute przez niego gitarowe pejzaże, którym daleko jednak do zbędnej fanfaronady. Wspomniana wcześniej oszczędność, czy wręcz minimalizm to czynniki decydujące o wysokim poziomie „The Coyote…”. Garcia nie obawiał się czerpać również ze spuścizny Kyuss, czego efektem są pomysłowe aranżacje zespołowych przebojów takich, jak „Gardenia” czy „Space Cadet”. Może zgrzeszę, ale ze znacznie większym entuzjazmem podchodzę do akustycznych interpretacji hitów kalifornijskiego składu. Skromne instrumentarium i  obdarta z przaśnego rock’n’rolla melodyka zrobiła dużo dobrego dla zawartości tych utworów, które dopiero teraz buchają emocjami i klimatem rodem z podróży przez pustynne wydmy. Oczywiście, „The Coyote Who Spoke in Tongues” to nie tylko grzebanie w szufladzie z podpisem „Kyuss”. Garcia pokazał, że nawet bez zaplecza w postaci Homme’a jest w stanie skomponować piosenki przebojowe i na tyle subtelne, by zaintrygować każdego słuchacza. Świetnym przykładem jest pulsujące „The Hollingsworth Session” albo napędzane opętańczym transem „Kylie”. W odróżnieniu do debiutanckiego albumu solowego Garcii, na którym nie obyło się bez mielizn, „The Coyote…” mogę słuchać często i gęsto.JG

Wprawdzie zeszłoroczny krążek Zakka Wylde urzekł mnie do tego stopnia, że słuchałem go dniami i nocami, na dłuższą metę potrafił znużyć. Jak dobrze, że wobec tego John Garcia obdarował nas „The Coyote…”, które może nie zaskarbi sobie sympatii zagorzałych fanów Kyuss, ale mimo jednolitej klasyfikacji stylistycznej, dymi od różnorodnych pomysłów. Oby więcej takich płyt!

Łukasz Brzozowski 

Pięć