JEX THOTH – Witness (I Hate)

Po genialnym „Jex Thoth” i apetycznym „Totem” miałem nadzieję, że kalifornijski kwintet uraczy mnie równie smacznym kąskiem. Cóż, trzeci materiał Jex Thoth niestety nie zwiastuje rosnącej formy Amerykanów i należy go raczej traktować jako ciekawostkę w ich dyskografii, która najwyraźniej służyła utrzymania planu wydawniczego i corocznego serwowania nowej muzyki.

Mam niestety wrażenie, że EP „Witness” jest nieco wymęczonym, zbyt sentymentalnym krążkiem, który choć przyzwoity w ramach gatunku, ani nie kruszy kości, ani nie zmusza mnie do nadwyrężania karku. Mam wrażenie, że Jex Thoth tym razem postanowiło odejść ociupinkę mocniej w stronę psychodelicznego rocka, stawiając na organiczne brzmienie gitar i charakterystyczne dominanty klawiszy. Owszem, czuć tu wszechobecną aurę lat ’70, ale nie wydaje mi się, aby były to te najlepsze płyty gigantów ówczesnego hard n’ heavy (Black Sabbath, Deep Purple) i psychodelii (The Doors). Zdecydowanie najlepsze wrażenie robi na mnie drugi na liście „Slow Rewind”. Monumentalne, wręcz doom metalowe otwarcie, podsycone oszczędną partią zawodzących w tle organów i leniwie sunący riffy Nico Kaina naprawdę bardzo fajnie wbijają się w czaszkę. W finale ostre, jak na Jex Thoth, przyspieszenie i zgrabne partie solowe, które brutalnie wyhamowują wraz z zamykającym „Witness” coverem Slapp Happy – „Mr. Rainbow”. No, źle to nie brzmi, ale na pewno nie składnia mnie to do wycierania klęcznika i postawienia drugiej EP-ki Jex Thoth na doom metalowym ołtarzyku.

Mam wrażenie, że psychodeliczny eksperyment zakończył się dla zespołu jedynie połowicznym sukcesem. ‘Witness’ to solidny materiał, który pozwolił zespołowi na zabawę brzmieniem, a Jex Thoth dał więcej przestrzeni na wykorzystanie talentu wokalnego, który – jak zwykle – jest tutaj clue programu. Niby wszystko się tu zgadza, ale nie wyobrażam sobie, żeby mieli nie kontynuować kierunku wyznaczonego przez debiutancki album i pierwszą EP-kę. Mimo wszystko jestem lekko rozczarowany.

Dooban 4