JESU/SUN KIL MOON – s/t (Caldo Verde/Rough Trade/Sonic)

Jakiś czas temu, kiedy przeczytałem gdzieś w sieci o nadchodzącej premierze kolaboracyjnego albumu Kozeleka i Broadricka, byłem lekko skonsternowany. Ten smutny typ co to wypuścił „Benji”, nagrał płytę z jeszcze smutniejszym kolesiem, który jakieś milion lat temu wydał kultowe (bardzo słusznie) „Streetcleaner”. Choć obu z nich dosyć mocno szanuję za niektóre dokonania, za inne już mniej (coverowanie przez Kozeleka kawałków Modest Mouse do teraz straszy mnie po nocach), nie zmienia to jednak faktu, iż do tego pomysłu podszedłem z dość dużą nieufnością. Jak się okazało – zupełnie słusznie.

Choć całość przesłuchałem już dobre kilka(naście) razy, nadal jestem rozdarty – z jednej strony są na tym albumie momenty (o nich za chwilę), do których nie mam żadnych zastrzeżeń, więcej – wchodzę w ten klimat bez zbędnych pytań i kręcenia nosem. Z drugiej jednak, bywa, że czuję delikatne zażenowanie słuchając niektórych patentów wykorzystanych przez wspomnianą dwójkę. Ambiwalentne odczucia mam bowiem od samego początku albumu; weźmy otwierające całość „Good Morning My Love” oraz „Carondelet” – z jednej strony wszystko wydaje się w porządku, bo Kozelek nie brzmi jak opuszczony, smutny czterdziestolatek na środku pustyni, a to za sprawą akompaniamentu cięższych gitar Broadricka oraz bardzo oszczędnych bębnów. Niestety, siermiężność gitarowych riffów, pomimo początkowych dobrych intencji, staje się ciężka do przetrzymania. To, co świetnie sprawdziło się choćby na ostatniej płycie Godflesh (czyli, co tu dużo mówić, kurewski ciężar…), tutaj wydaje się co najmniej salonowym nietaktem. Tu jednak pojawia się rzeczona ambiwalencja – z jednej strony podskórnie czuję, że dokładnie te same riffy układali moi znajomi w swoich metalowych kapelach gdzieś pomiędzy gimnazjum a liceum, z drugiej… to się (przynajmniej po części) sprawdza! Grafika

Co więcej, nawet pan Kozelek pokusił się, oprócz przygnębiającego storytellingu, na odrobinę „zwariowanych” rozwiązań – tu pokrzyczy, tam coś zawyje, tak jak w opisanym „Carondelet” czy chociażby ”Sally”. Jednak zdecydowanie lepiej robi się gdy panowie nie próbują na siłę pogodzić dwóch stylistyk, jak w „Last Night I Rocked The Room Like Elvis And Had Them Laughing Like Richard Pryor”. Delikatny, nieco ambientowy podkład idealnie współgra z prowadzoną przez Marka narracją; odnoszę wrażenie, że gdyby obaj panowie poszli raczej w tym kierunku, płyta nabrałaby bardziej zwartego charakteru, ale to już moja uwaga – gwiazdy estrady bywają kapryśne, nie ma więc co się narzucać. Bardziej klasycznie robi się natomiast we „Fragile”, gdzie jedynym instrumentem pozostaje gitara (ale nie siermiężna) oraz głos Marka. Na koniec czeka na nas 14-minutowy „Beautiful You”, który z jednej strony stanowi kawałek pięknej, spokojnej muzyki, ale może trochę nużyć, tak jak to było w moim wypadku przy pierwszym odsłuchu płyty.

Podsumowując, album to dosyć nierówny, z momentami zarówno wspaniałymi jak i takimi, przy których śmiało mam ochotę włożyć sobie rozgrzany pręt do każdego ucha z osobna. Jednak, jaki Wasz stosunek zarówno do twórczości Kozeleka jak i Broadrcika by nie był – warto sprawdzić i przekonać się osobiście.

Kevin Nazencew

Cztery