JERZY MĄCZYŃSKI – Jerry and the Pelican System (Polish Jazz/Warner)

Moja fascynacja jazzem opiera się głównie o fakt ogromnej różnorodności tej muzyki i praktycznym braku granic. Owszem, inne gatunki także obserwują otoczenie, poszukują, ale to właśnie współczesny jazz oprócz absorpcji jest w stanie przetworzyć obserwacje zewnętrznego świata w nową jakość, która zaskakuje mnie bardziej niż jakiekolwiek inne muzyczne influencje. Dobrym przykładem balansowania na granicy i szukania możliwości pozbycia się ciasnego garnituru tradycji jest nowe dzieło Jerzego Mączyńskiego, czyli Jerry and the Pelican System.

Szanuję wydawnictwa z serii „polish jazz” za doskonałe przygotowanie formalne. W zasadzie nie trzeba szukać informacji, bo wszystko dostajemy w komplecie – ciekawostki z sesji, biografię czy notki o poszczególnych muzykach. Z drugiej strony, te informacje uświadamiają mi ogrom pracy Mączyńskiego, fakt czuwania nad własnym wykształceniem tylko po to, by jeszcze sprawniej przekraczać granice i odchodzić od wyuczonych kanonów. Mączyński na swojej najnowszej płycie wykonuje właśnie taki duży krok, wychodząc zdecydowanie z tradycyjnie pojmowanego, jazzowego big bandu w stronę… no właśnie, zdefiniowanie muzyki, jaką na tej płycie prezentuje, jest momentami dość ciężkie. Być może znaczenie ma fakt, że lider postanowił oprzeć swój projekt o młodych ludzi, a to powoduje, że dość luźno traktowane są tu kanony, liczy się za to swoboda, głównie w rozumieniu jazzowych aranżacji. Napięcie rozgrywa się tu między tym co proponują instrumenty dęte, czyli lider i trębacz Marcin Elszkowski a resztą składu, z naciskiem na sekcję rytmiczną.Jerry

Narzucająca słuchaczowi pewien trop jest melodyka tych nagrań, bardzo łatwo przyswajalna, lepiąca się do ucha, choć w pewnym sensie klasyczna, pomijam frazowane, pewne zabiegi aranżacyjne; jest w tym przywiązanie do europejskiej tradycji. I byłoby to dość proste w ocenie, gdyby nie sposób w jaki potraktowano tu stronę rytmiczną. W pewnym sensie to grająca na perkusji Wiktoria Jakubowska skradła liderowi płytę, bo to właśnie ona w dużej mierze narzuca narrację tych nagrań. Choć potrafi pięknie swingować, w większości przypadków porzuca oczywiste ścieżki, przeszczepiając do tej muzyki niemal hip-hopowy groove, czasami bardzo minimalistycznie ograniczając się do stukania stopą, to znowu uciekając w transowe, niemal plemienne bębnienie. Cechą charakterystyczną jej gry jest oszczędność z jednej strony i bardzo przyjemne brzmienie instrumentu z drugiej. Oszczędnie traktowany jest też kontrabas (bardzo czujny Franciszek Pospieszalski), między tym meandruje pianista Marcel Baliński. Momentami wszystko przypomina mi koncepcję jaką Wojtek Mazolewski Quintet przedstawił na płycie „Polka”, chodzi rzecz jasna  pewne założenia i odczucia niżej podpisanego…  Już otwarcie płyty robi niesamowite wrażenie za sprawą niemal „technoidalnej” sekcji, świetny jest nieco obsesyjny song „Chaos III”, podobnie działą „PeaceOFF I” czy tajemniczy, świetnie rozegrany „Zoża cześć”. Z drugiej strony mamy nostalgię w balladowym temacie „Cosmic Violet”, komedowy „PeaceOFF II” czy „Peace OFF III”, gdzie zespół zapuszcza się w chaotyczne improwizacje. Na osobne komplementy zasługuje najdłuższy na płycie „Naya Rang” (gościnnie Apoorva Krishna), który zachwyca rozbudowaną, świetnie prowadzoną aranżacją. I to zróżnicowanie oraz bardzo luźne potraktowanie jazzowego dziedzictwa jest tu najważniejsze. Z płyty emanuje radość poszukiwania i zabawy muzyką, swoboda wykonawcza, która pozwala traktować te utwory jako punkt wyjścia do zabaw podczas koncertów. Mączyński z kolegami zdecydowanie porzuca garnitur kanonów. To taki jazz w t-shircie i dresiku. Rozumianych jak najbardziej pozytywnie.

Arek Lerch

Pięć