JEFF ROSENSTOCK – Post (Quote Unquote/Polyvinyl)

Od dawna żadne wydarzenie politycznie nie wzburzyło wśród amerykańskich muzyków takiej fali emocji, jak wybór Donalda Trumpa na prezydenta. Tworzą o nim wszyscy, od pół-meksykańskich death metalowców z Brujeria, przez Neila Younga, aż po A Tribe Called Quest. Ci pierwsi rzucają Trumpowi wyzwanie: ¿Quiere guerra? ¡Éntrale cabrón! (chcesz wojny? To dawaj frajerze), natomiast Young śpiewa, że Stany są already great i nawołuje: no wall/no ban/no fascist USA. Jeff Rosenstock, były wokalista Bomb The Music Industry! czy też ska punkowego The Arrogant Sons Of Bitches, swój czwarty solowy album napisał krótko po pamiętnym 8 listopada, niewątpliwie mocno jeszcze tym dniem poruszony, pełen rozterek i niepewności.

Okres powyborczy Rosenstock na łamach magazyny Exclaim! wspomina tak: Budzę się rano w hotelu, schodzę na dół i jem śniadanie. W tle leci jakiś program informacyjny, a ja rozglądam się po ludziach dookoła mnie i zastanawiam się: „Kto z was NAPRAWDĘ chce tego całego Muslim Ban? Kto z was chce muru na granicy z Meksykiem? Kto z was ma w sercu tyle nienawiści?” (…). W powietrzu było coś dziwnego. Pamiętam , że jeździliśmy po Midweście (Środkowy Zachód USA), patrząc na tych wszystkich ludzi w samochodach i na stacjach benzynowych myśląc: „Jasna cholera, coście najlepszego odjebali?”

W najmocniejszym utworze na płycie, siedmiominutowym „USA”, w którym punkowa energia przeplatana jest dream-popem nieco w stylu Flaming Lips, Rosenstock pyta et tu, USA? (i ty, Ameryko?), a w trakcie rozmarzonego zwolnienia powtarza, że we’re tired and bored. Cały ten kawałek, znacznie bardziej rozbudowany niż kolejne numery, zdaje się być jednym wielkim protest songiem przeciwko temu co dzieje się w Stanach. Później jest już łagodniej – zarówno tekstowo, jak i muzycznie. Słychać gdzieniegdzie Pixies, trochę nonszalanckiej blazy w stylu Pavement/Stephena Malkmusa, ale też The Hives (szczególnie „Yr Throat”) i Ramones (wesołe „Beating My Head Against The Wall” brzmi jak hołd złożony czwórce z Nowego Jorku). No właśnie, bo pomimo całego tego wkurwu, który siedział w Rosenstocku podczas pisania tej płyty, to grzeczny krążek; agresję i nieuporządkowanie słychać jedynie we wspomnianym „USA” oraz w 11-minutowym opus magnum „Let Them Win”, które kończy album. Pozostałe utwory mają raczej uporządkowaną strukturę i bardzo ładne, radiowe wręcz melodie. Ale może jest to jakiś pomysł? Jeśli chcesz trafić ze swoim przekazem do szerszego grona, graj milusie pioseneczki, które wpadają w ucho, a nie hałaśliwe połamańce.Jeff

Bardzo słodko-gorzka jest ta płyta. Muzycznie: wiosenna, słoneczna, przyjemnie płynąca, ale z tekstów wylewa się gorycz. Rosenstock jest momentami ironiczny, a niekiedy śmiertelnie poważny i w sumie trudno zrozumieć, co nam chce powiedzieć: yes, we can czy bardziej there is no hope. W rozmowie z Exclaim! mówi: Nie wiem, czy ktokolwiek ma obowiązek czynić życie innych ludzi lepszym – to nie tak, że wszyscy jesteśmy Batmanami – ale wszyscy potrafimy być mili dla ludzi, potrafimy okazywać szacunek i traktować innych tak, jak sami byśmy chcieli być traktowani. Potrzeba jednak trochę czasu aby uświadomić sobie, że bycie miłym jest równie proste co bycie wrednym i nieprzyjemnym. I w sumie trudno się z nim nie zgodzić.

Paweł Drabarek

Cztery i pół