JAZZPOSPOLITA – Przypływ (Audio Cave)

Każdy kiedyś zostanie dziadkiem i będzie patrzył na swoją przeszłość z sentymentem albo i nie. Przyszła kolej na Jazzpospolitą, który to zespół po latach szaleństw takich czy innych, nagrał płytę będącą świadectwem zmian, jakie w nim zachodzą. Przede wszystkim, zmian charakterologicznych bo tylko płynącym czasem można wytłumaczyć to co dzieje się w głowach muzyków i przekłada na dźwięki. Tym razem bardziej klimatyczne, może wręcz duchowe, co chyba stało się dość modne w środowiskach jazzowych. Nadchodzi „Przypływ”.

Nowy rok za nami, więc trzeba ruszyć w temacie wydawnictw nie tylko rockowych i hałaśliwych, ale także jazzowych, co powoli staje się tradycją na portalu… ekstremalnym. Kogo to mierzi, niech pójdzie szukać szczęścia gdzie indziej, a jak ktoś problemu nie ma, niech sobie czyta.

Piszemy zatem o zespole, który swoje pierwsze kroki stawiał w roku 2008 i dał się poznać jako szalony eksperymentator, łączący jazz, nu-jazz a także posty, psychodelie, drum’n’bassy i co tam jeszcze można sobie wymyślić. Yass to raczej nie był, bardziej jazzrock; w każdym razie zespół zdobył niemałą sławę koncertami tu i tam a także unikaniem schematów w granej muzyce. Grupa szczytowała w 2014 płytą „Jazzpo!”, będącą dopracowanym w detalach pomysłem na własną wizję improwizacji, ze świetną okładką i doskonałym brzmieniem. Z kolei na „Humanizm” z 2017 roku pojawili się goście w postaci Pauliny Przybysz i Noviki, zaś sama muzyka stałą się spokojniejsza, łapała równowagę. I ten kierunek, w jeszcze większym stopniu został zachowany na „Przypływie”, który może stać się nowym otwarciem w karierze grupy.Jazzpospolita Przypływ 1

I tu pojawia się w pytanie, czy po latach szaleństw zespół nie zatęsknił za fundamentem, bo po pierwszym kontakcie z płytą wyczuwam w muzyce wyraźne szukanie własnych korzeni. Nie nerwowego rozgrzebywania ziemi, ale raczej refleksji płynącej ze zdobytego doświadczenia i potrzeby głębszego oddechu, także w muzyce. Efektem tych zmian są kompozycje pozbawione instrumentalnej ekwilibrystyki, ruchliwych aranżacji czy eksperymentów. „Przypływ” to siła spokoju i naturalnego pulsu – kompozycje płyną, spokojnie narastają kolejnymi warstwami, które gardę trzymają nisko, pozwalając bez problemu wejść w dźwiękowy świat Jazzpospolitej. Powiem więcej – w pierwszym momencie byłem troszkę tym spokojem zdziwiony i dopiero kiedy przestałem szukać i oddałem się klimatowi płyty, udało się z nią zestroić. W końcu zrozumiałem, że to kolejne, krajowe dzieło, które poszukuje naszej duchowości, korzeni, które chce opisać dźwiękami. A że mamy romantyczną naturę wpisaną w geny, nostalgia nas napędza a melancholia dodaje rumieńców, to i efekty tych poszukiwań są właśnie takie. I choć początek czyli „Biały las” jest w miarę dynamiczny za sprawą złamanego, fajnie pulsującego rytmu, dalej mamy już piękne, klarowne zejście na mgliste łąki – „Rezerwat” to nasza słowiańszczyzna w pełnej krasie, balladowe „Przedwiośnie” i „Kwiaty cięte” kojarzą się z „Slavic Spirits” (który to już raz ta płyta staje się jakimś tam punktem odniesienia?), no i ten podniosły, gdzieś tam zahaczający o post rocka finał, czyli numer tytułowy. Znowu dostajemy muzykę do delektowania się, bo w każdej kompozycji jest mnóstwo planów, mnóstwo harmonicznych zabaw, kunsztownie zbudowanych i ze smakiem i wrażliwością zagranych. Zespół organicznie wręcz czuje swoje dźwięki; tym bardziej dziwi, że zaraz pod nagraniu materiału z grupą pożegnał się klawiszowiec Michał Załęski. I ten mały znak zapytania pozostaje ze mną, kiedy wybrzmią dźwięki.

Czas na podsumowanie – w sumie ciężko jednoznacznie ocenić płytę, która tak dosadnie odnosi się do odczuć i emocji, które przecież trudno wycenić. Niewątpliwie jest to ważna produkcja, razem z EABS czy HDQ ukazująca przynajmniej niektóre ścieżki jakimi podąża (i pewnie będzie podążał…) polski jazz.

Arek Lerch

Pięć