JAVVA – Balance of Decay (Antena Krzyku)

Wbrew stwierdzeniem, że na dzisiejszej alternatywnej scenie nie ma już szans by stworzyć coś nowego/intrygującego, czasami pojawiają się zespoły, które mnie zaskakują. I takim tworem jest JAVVA. Wydawało mi się, że znając muzyków z tej formacji, wiem, czego się po nich spodziewać, a tu proszę, miłe zaskoczenie, które utwierdza mnie w przekonaniu, że bydgosko – szubińska ekipa skutecznie ucieka do przodu, zostawiając peleton zakochanej w improwizacji alternatywy daleko z tyłu. A może się mylę i jest zupełnie inaczej…

Zacząłem na ten temat rozmyślać już podczas obcowania z nową płytą Alamedy 5. Improwizacja na scenie alternatywnej, za rozpropagowanie której w pewnym sensie była współodpowiedzialna (razem z załogami trójmiejskimi) tzw. scena bydgoska, zainfekowała już chyba wszystkich, i wtedy muzycy, którzy poruszyli lawinę,   uciekają do przodu, proponując… piosenki. Tak, Javva gra ładne piosenki, oczywiście w alternatywnym sznycie. Wyobraźmy sobie, że Fugazi wchodzi w sprośny związek z późnym Something Like Elvis i razem postanawiają wyjechać do Afryki. Taki obrazek jawi mi się, kiedy słucham tych ośmiu numerów, choć kolorów i wątków jest tu o wiele więcej, co nie dziwi, bo przecież odpowiada za nie czołówka polskiego niezalu. Wrota do tej uczty otwiera energetyczny i zaskakująco szybki, post punkowo pobrzękujący numer „Pad Eye Remover”, potem jest tylko lepiej.JAVVA PORTRET 1_1

Co składa się na sukces (cokolwiek pod tym hasłem rozumiemy…) „Balance of Decay”? Przede wszystkim, pomijając oczywiście dobre kompozycje, muzyczne doświadczenie czterech panów, którzy z niejednego pieca chleb jedli, zasilali ileś tam wpływowych zespołów i doświadczyli chyba wszystkiego, czego na krajowej scenie doświadczyć można. Nie dziwota więc, że skierowali się na tereny dotychczas dla tego środowiska dziewicze. Było to oczywiście ryzykowne, bo afrobeaty to rzecz dla sprawnych i mających doskonały, wewnętrzny feeling muzyków. Taką muzykę można łatwo spieprzyć i narazić się na śmieszność. W tym przypadku doświadczenie składu przełożyło się na dźwięki tyleż oryginalne co porywające do zabawy i – tak, tak – do tańca. Duża w tym zasługa dwóch postaci – Bartka Kapsy, który bębni czujne, z gruwem, w dodatku rozbija rytm za sprawą umiejętnego stukania w cowbelle i precyzyjnej zabawy z akcentowaniem. Taki bębniarz to skarb, naprzeciwko którego stoi Łukasz Jędrzejczak – jego elektronika tym razem penetruje ejtisowe klimaty, kapryśnie meandrując między plastikiem a protosamplami, w dodatku jest na tyle melodyjna by wejść w głowę, bez przekraczania granicy obciachu. I to się nazywa umiejętne korzystanie ze spuścizny gatunku. W dodatku Łukasz zaśpiewał na tej płycie wokalne partie życia. Nie zapominam oczywiście o Zielińskim i Bukowskim. Piotrek ostatnio zachwycił mnie noise’owym odczytaniem muzyki ludowej na płycie „Obertasy” (nie zapominajmy też o spejsowych Xenonach…), tymczasem na „Balance…” gra jak rasowy, czarnoskóry i funkujący gitarzysta, rozświetlając płytę i doskonale współpracując z autostradą Łukaszowych melodyjek, z kolei Mikołaj basuje na post punkową modłę, krótkimi frazami, ładnie punktując i scalając muzykę cementem niskich częstotliwości. Jeśli popełniłem już wszystkie pretensjonalizmy świata, idę słuchać i tańcować. Zróbcie to i wy, bo zespół właśnie objeżdża Polskę. Szósteczka.

Arek Lerch

Zdjęcie: Kamil Gubała

Sześć