JANCZARSKI&MCCRAVEN QUINTET – Liberator (ForTune)

Kolejny odcinek jazzowych przygód. Tym razem bliżej klasycznych brzmień, w międzynarodowej obsadzie. Druga płyta Janczarski&McCraven Quintet dostarcza muzyki na najwyższym poziomie, łącząc różne światy, języki i doświadczenia. Coś dla koneserów tradycyjnego podejścia do jazzu, choć realizowanego ścieżkami dalekimi od nudy.

We wkładce do płyty prof. Jerzy Stępień napisał, że wbrew staremu przysłowiu jakoby jazz stworzyli Afroamerykanie dla białych Europejczyków, ten styl zbudował ogromną przestrzeń dla muzyków wszystkich możliwych narodowości. To ponadgraniczne porozumienie słychać na drugiej płycie opisywanego kwintetu. Jego członkowie wywodzą się z różnych krajów i różnych tradycji muzycznych, a jednak na „Liberatorze” doświadczamy idealnej, artystycznej równowagi. Pałker Stephen McCraven swoje muzykowanie rozpoczął w latach 70. i zaliczył mnóstwo ciekawych kolaboracji, trębacz i flecista Rasul Siddik współpracował min. z Lesterem Brownem. Polska część załogi także ma się czym pochwalić. Adam Kowalewski (kontrabas) akompaniował Nigelowi Kennedy’emu i nieżyjącemu już gitarzyście Jarosławowi Śmietanie, pianistka Joanna Gajda towarzyszyła Urszuli Dudziak, a saksofonista Borys Janczarski grał min. z Billym Harperem i perkusistą Kazimierzem Jonkiszem. Jaki jest zatem efekt kolaboracji tej bardzo doświadczonej pakiety?Band

Ano, bardzo klasyczny. Użyłbym też słowa solidny, choć byłoby to zbytnie ograniczenie tej swobodnie płynącej muzyki. Swoboda wynika zresztą ze sposobu rejestracji – na płycie znalazły się fragmenty dwóch koncertów zagranych przez kwintet w listopadzie i grudniu 2016 roku w klubie 12on14 i Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzyka na „Liberatorze” pulsuje dystyngowaną żywiołowością, choć jest formalnie zdyscyplinowana i raczej nie wychodzi poza kanony gatunku. W zasadzie nie znajdziemy tu szczególnie oryginalnych nut czy aranżacji. Muzycy unikają nietypowych rozwiązań, nie bawią się w awangardę, pozwalają za to płynąć dźwiękom, bez szczególnych załamań i niepotrzebnych zwrotów akcji. Osobiście muszę skomplementować pianistkę, której gra jest jednym z najjaśniejszych punktów płyty – doskonały timing, świetna barwa instrumentu i stylowa oszczędność to największe atuty Joanny Gajdy. W wielu miejscach jej partie stanowią oś kompozycji i szczególnie w pierwszych utworach sprawiają mi prawdziwą przyjemność. Ogólnie, na płycie każdy znajdzie coś dla siebie – w „The Torn Veil“ aż iskrzy od partii solowych, energetyczny „Master of the Art“ kryje popisy perkusyjne a miłośnicy bardziej nastrojowego grania polubią „Daddy’s Bounce”. Nie rozumiem jedynie potrzeby użycia wokali w dwóch fragmentach „Liberatora”. Niby żartobliwie, ale psuje mi trochę odbiór tego materiału. To jednak tylko mały mankament.

Arek Lerch

Cztery i pół