J.S. ONDARA – Tales of America (Verve Forecast Rec.)

Historia J.S Ondary, to historia jak z filmu; i to bardzo naiwnego. Takiego, po którego seansie wszyscy pukają się w czoło, bo scenariusz wydaje się zbyt zbyt naciągany. Tymczasem… to wszystko prawda. „American Dream” się ziścił.

Od dzieciństwa lubił opowiadać historie i słuchać muzyki. Jak sam mówi, miał wtedy tylko to, no i jeszcze trochę jedzenia oraz miejsce do spania. W małym radyjku na baterię poznawał Boba Dylana, Radiohead czy Nirvanę, chociaż jedynym językiem jaki znał, był Suahili. Dla urodzonego w Nairobi Ondary muzyka była wehikułem przenoszącym go do innego świata – tego samego, do którego przybył w 2013 dzięki wygranej na loterii wizowej. 6 lat później spełnia swoje marzenia wydając płytę „Tales Of America” i koncertując w całych Stanach oraz w Europie. „To wszystko wydaje się zupełnie nierealne. Biorąc pod uwagę moje dzieciństwo, miejsce, w którym dorastałem… Brakuje mi słów, żeby opisać co teraz czuję” – mówił Ondara w rozmowie z Rolling Stone. Muzykę Boba Dylana poznał, kiedy kolega zdradził mu pewien sekret – że jego ulubiony numer, czyli „Knocking On Heaven’s Door” nie jest bynajmniej sprawką Axla Rose’a i spółki, a niejakiego Boba Dylana, o którym Ondara wcześniej nie słyszał. Od tego czasu fascynował się jego muzyką, co na „Tales Of America” słychać bardzo dobrze. Rzecz jasna nie można mówić o bezczelnej zrzynce, ale niewątpliwie słychać silną inspirację Dylanem – choćby w numerze „Master O’Connor”, gdzie Ondara brzmi niemal jak Bob na pierwszych płytach. Przy całym tym „piętnie” amerykańskiego folku, „Tales Of America” jest jednak albumem całkiem różnorodnym. Usłyszymy sporo bluesa, soulu, mamy też numery jazz-folkowe czy afrykańskie rytmy, a na „Turkish Bandana” Kenijczyk pokazuje siłę swojego głosu śpiewając a capella. Poza tym Ondara ma jeszcze dwa talenty – do opowiadania historii oraz wymyślania ładnych melodii. Jest kilka hitów – choćby napisany miesiąc po przyjeździe do Stanów „Saying Goodbye” czy otwierający album „American Dream”.JS Ondara

W muzyce Ondary nie słychać wcale neofickiego zachwytu USA. Wprost przciwnie – jego opowieść o Stanach jest raczej, hmm… słodko-gorzka. Im bardziej przyglądam się Ameryce, im dłużej tu jestem, tym więcej podobieństw do Kenii znajduję. Przy czym to co w Kenii uznawane jest za korupcję, tutaj nazywane bywa lobbingiem. – mówił Ondara w jednej z rozmów. Mimo wszystko, Kenijczyk spełnił swój „American Dream”. To naprawdę jest historia jak z bajki. Ondara miał kupę szczęścia, i cóż, zdaje się to doceniać. Jeśli on niebawem nie stanie się dużą gwiazdą, mocno się zdziwię.

Paweł Drabarek

Pięć