J.D. OVERDRIVE – Wendigo (MMP)

Gdyby nagle skład tworzący J.D. Overdrive (poprzednio Jack Daniels Overdrive) doszedł do wniosku, że południowe granie już im nie w smak, i czas zejść ze sceny, nikt nie miałby im tego za złe. Czwarty album w dorobku dość kontrowersyjnej grupy, zbierającej równie dużo pochwał, co reprymend, można by uznać za naprawdę solidne zwieńczenie kariery. Na razie na to się nie zapowiada, i choć daleki jestem od wznoszenia peanów na cześć katowickiej formacji, uważam, że dopiero teraz, kiedy zespół okrzepł, a poszczególni członkowie z sukcesami realizują się w innych projektach, można mówić o perspektywach, malujących się przed tą ekipą.

Panowie zgrabnie mieszają elementy stoner rocka i groove metalu, zbaczając od czasu do czasu na nieco bardziej bluesowe rejony. I to właśnie tam, gdzie nie ma metalu, a stojący za mikrofonem Suseł dwoi się i troi, aby jego zespół nie brzmiał jak kolejna kalka Down czy innego Spiritual Beggars, J.D. Overdrive podoba mi się najbardziej. W zasadzie, im więcej tu pijackiego rock’n’rolla i zwykłych piosenek, tym lepiej. W tej lżejszej formule panowie jeszcze nie czują się jak ryba w wodzie, gdyż cały skład bardzo mocno zerka w stronę najmocniejszego oblicza Black Label Society, ale w niedalekiej przyszłości być może całkowicie zerwą metalowe kajdany.Band

O ile stricte muzycznie mariaż zaprezentowany na „Wendigo” w żadnym wypadku nie odwróci biegu Wisły, ani nie wyniesie polskiego stonera na wyżyny (od tego mamy Red Scalp i Weedpecker), tak w roli ciekawostki i przypomnienia, że na Śląsku gra się nie tylko hardcore i black metal, czwórka w dorobku podopiecznych Metal Mind Productions stanowić będzie jeden z albumów, które trzeba usłyszeć, ale niekoniecznie pokochać, choćby ze względu na dość oklepane, ale jednak „już to gdzieś słyszeliśmy”.

Grzegorz Pindor

Zdjęcie: Marcin Pawłowski

Trzy