J.D. OVERDRIVE – The Kindest of Deaths (Metal Mind Productions)

Fortuna odważnym sprzyja dalej. Taki wniosek przychodzi po lekturze kolejnej, trzeciej płyty katowickich amerykańców. Nie rozpadli się, nadal cisną swoje, wózek się toczy, koncerty są i choć powoli dochodzą do momentu, kiedy trzeba będzie się zastanowić co dalej (bo jednak Polska ma swoje ograniczenia), na razie nie muszą się obawiać, czy będzie dla nich miejsce na rodzimych scenach, większych i mniejszych. Póki co, pomijając filozoficzne rozważania, skupmy się na muzyce, bo ta, choć pozostała na podobnym poziomie, jednak przyniosła trochę nowości, które znowu pozwalają zespołowi wskoczyć szczebelek wyżej.

Fajnie, że jest determinacja i konsekwentna praca nad dźwiękami, bo to po kilku latach orki przyniosło wreszcie taki rezultat, o jaki chłopakom chodziło od samego początku. Nie, że chcę tu coś zajęczeć na temat Fortune Favors the Brave, bo to nadal niezły krążek, jednak…

Jednak przede wszystkim brzmienie, uzyskane tym razem w coraz popularniejszej kuźni syfu wszelakiego – Satanic Audio. Nie będę prorokiem, jeśli napiszę, że już za chwileczkę, już za momencik miejsce w tym przybytku trzeba będzie rezerwować z co najmniej takim wyprzedzeniem jak sale weselne. Jest zatem na nowej płycie J.D. Overdrive ten nowy, nieuchwytny, ale niewątpliwie sataniczny element, brud i organiczny aspekt, który powoduje, że słucham jej z dużą przyjemnością. Teraz prawie każdy chce brzmieć analogowo i naturalnie, ale muzyka katowiczan pasuje do takiego brzmienia i zostaje przez nie odpowiednio uwiarygodniona. Nie byłoby jednak takiego efektu, gdyby nie same dźwięki. I tu też się coś zmieniło. Przede wszystkim – to najbardziej „sterana” i przygnębiająca porcja hałasu, jaki grupa wyprodukowała. Nie powiem, że wcześniej były kwiatki i disco polo, jednak podczas lektury „Fortune…” czy debiutu, cały czas miałem wrażenie, że słucham wesołków, co poszturchują się i wygłupiają, a potem robią marsowe miny i chwytają za instrumenty. Ta wesołkowatość, choć nie była bezpośrednio widoczna w dźwiękach, gdzieś mi tam podskórnie się przewijała i leciutko uwierała. Tym razem tego nie słyszę, bo wszystko jest złe, ponure i takie, hmmm, życiowo doświadczone. Nie wiem, czy faktycznie muzycy mieli jakoś pod górkę, przeszli odwyki, rozwody i inne nieszczęścia dnia powszedniego, dość, że całość nie zawiera ani grama pozytywu, zbliżając się tym samym jeszcze bardziej do wściekłości generowanej przez wczesny DOWN i ma raczej mordę Anselmo niż Zakka. To duży plus, bo nie muszę się tym razem „nastrajać” do lektury. Zespół także wyraźnie zrezygnował z kombinowania w aranżacjach. O ile na „Fortune…” można było znaleźć rzeczy typu „Hope for the Best, Prepare for the Worst” zrobione z rozmachem, tym razem jest względnie prosto, równo i do przodu. Ma być groove, wbijać w ziemię, a za aranż robią świetne riffy, doskonale wprzęgnięte w miarowo kroczącą machinę i coraz lepsze wokale Wojtka, który potrafi i zaśpiewać, ale także wypuścić z gęby niezłe piekło. Więcej stonerowego bitu się pojawia, takiego mozolnego, wgniatającego w fotel mielenia. A jeśli już trafi się trochę przestrzeni, to takiej maksymalnie, bluesowo ponurej. Zaletą jest też spójność materiału. W zasadzie nie muszę wymieniać ni tytułu, bo najlepiej smakuje ten krążek jako całość, serwowany w jednym, miażdżącym locie. 1_fot_by_Marta_Lebiocka

Nie powiem, że zespół wykonał jakąś straszną woltę, bo wymienione wyżej szlify na skądinąd znanej materii to w sumie kosmetyka ukształtowanej grupy. Chodzi raczej o świadomość swoich możliwości i być może wspomnianą, życiową tyrkę. Zatem, płyta idealna? Dzieło kompletne i w pełni dokonane. Tak, ale… Właśnie, musi być jakieś „ale” przecież, bo jak inaczej. Na szczęście, to „ale” jest raczej moim zrzędzeniem a nie jakimś merytorycznym znaleziskiem. Jest zatem znakomicie, i już prawie blisko. Daję gwiazdkę wyżej niż w przypadku „Fortune…” za kompleksowość, ale jeśli chcą chłopaki wylądować na Violence jako Album Tygodnia, muszą wyglądać jak odpowiednio licząc – Phil Anselmo, Kirk Windstein, Jimmy Bower i Hank Williams III po ciężkiej, całonocnej imprezie w jakimś klubie w Dallas. Wtedy uznam, że są jedną nogą w grobie a drugą na najwyższym podium, jeśli nawet miałoby to być ich ostatnie dokonanie.

Arek Lerch

Zdjęcie: Marta Lebiocka

Sześć