IZZY & THE BLACK TREES – Trust No One (Antena Krzyku)

Najlepsze zaskoczenia pojawiają się z najmniej oczekiwanej strony. Dobre rzeczy bardzo często zakorzenione są w przeszłości a reklama jest dźwignią handlu. Takie konkluzje towarzyszyły mi podczas lektury „Trust No One”, płyty niby zwyczajnej, a jednak łapiącej za ryj i serducho. W temacie rockowego, szorstkiego wygaru sięgającego do zamierzchłych czasów, gdzie post punk zaczynał bratać się z gotyckim mrokiem, ta niewinnie wyglądająca płyta jest doskonałym strzałem.

Od początku zatem. O płycie usłyszałem w fejsbukowej, filmowej zajawce, w której szef Anteny Krzyku, wydawca znaczy, reklamował Izzy & The Black Trees jako długo poszukiwanych następców The Feral Trees. Reklama jak reklama, w sumie zachęca do posłuchania, ale jeśli ktoś się na niej zawiesił, może przeżyć lekki szok. Bo Izzy & drzewa, w porównaniu do Ferali, to moc przesteru, hałas i mrok. Ok, istnieje wspólnota gatunkowa, bo obydwie formacje czerpią bardzo dużo z alternatywnej Ameryki lat minionych, na swój sposób przerabiają bluesa, może i country, jest w tym powiew vintage, tyle, że Feralom wychodziły ładne piosenki, a Izzy to w pierwszej kolejności zgrzyt i złość, w które ubrane są mroczne pieśni. Muzyka na „Trust No One” wywodzi się bezpośrednio z rewolucji post punkowej, z tym, że czerpie z miejsca, w którym zespoły odkryły, że pełne agresji, mroczne granie można zbudować na zawodzeniu czarnych robotników z plantacji bawełny. A stąd już całkiem blisko do wkurwu starego Cave’a, blazy Rowlanda S. Howarda, szczególnie kiedy bratał się z Lydią Lunch, być może w tym miejscu trzeba też przywołać smutne, alternatywno-psychodeliczne jazdy z wczesnego katalogu Sub Pop a nawet kogoś bardziej współczesnego, typu Alpha Strategy i wtedy otrzymujemy pełny obraz. Muzyka naszych bohaterów ustawia się gdzieś pośrodku tych wszystkich wektorów, czerpiąc z doświadczeń innych na tyle finezyjnie, że wychodzą im zgrzytliwe, ale własne i autentyczne piosenki.Izzy & TBT photo by Jacek Mojta 2

Nie będę pewnie pierwszym, który zauważy, że szczególne iskrzenie obywa się tu pomiędzy wokalistką, która wie jak łączyć zmysłowość z agresją a gitarzystą, sposobem grania i umiejętnością wyciągania świetnych brzmień, sadowiącym się w czołówce alternatywnych szarpidrutów nad Wisłą. W pierwszym momencie zaskoczyły mnie właśnie partie tego instrumentu, bo trzeba przyznać, że taki sposób budowania riffu i otulania go dodatkowymi dźwiękami nie jest zbyt popularny w Polsce. Jasne, bywali i w tym temacie zapomniani mistrzowie (dobra, wspomnień czar – np. Dariusze: Bufnal i Pal z Serpent Beat), jednak pojęcie „klimatu” i „zgrzytu” zazwyczaj jest mylone z hałasem i dociążonym wszelkimi „dystorszynami” riffem. Mariusz Dojs doskonale rozgrywa swoje partie w obrębie całej płyty, dlatego, mimo, że całość jest dość równa, praktycznie w każdym utworze mamy nieco inne podejście do warstwy gitarowej, za co szacunek. Pani Izabela Rekowska także bardzo dobrze wie, gdzie przebiega cieniutka granica między krzykiem a fajnie poprowadzoną melodią, bawi się głosem i pozwala delektować się ukrytymi gdzieś pomiędzy melodiami. Wchodząc w szczegóły – szczyty zespół osiąga w porywająco tanecznym „Picasso’s Octopus” (ach ten basik…), równoważy to rozchwianą, blues’ową głębią „King of Gardens” a na koniec dobija ładną, świetnie zaaranżowaną piosenką „Mr President”. Reszta trzyma wysoki poziom – lekko gotycki „After Dark”, post punkowe hałasy „Trust No One” czy „Scream Sea Lions”, doskonałe wrażenie robi też okraszony partią saksofonu, zróżnicowany dynamicznie (fajnie wyciszone, przestrzenne zwrotki) „Strangers Allow”. W zasadzie nie ma tu słabego numeru, każdy czymś intryguje; w dwojaki sposób – można smakować rozwiązania harmoniczne i brzmieniowe, można potraktować płytę jako zbiór całkiem nośnych piosenek. Jednocześnie jest to bardzo dobry materiał koncertowy, szkoda, że trzeba będzie zaczekać na możliwość oblukania grupy na scenie – zapewniam, że warto, na razie sięgajcie po krążek i śpiewajcie razem z Izą.

Arek Lerch 

Zdjęcie: Jacek Mojta

Pięć i pół