IZES – Hello Wasteland (Fonobo/MTJ)

Nie samą improwizacją Trójmiasto żyje, chciałoby się powiedzieć po lekturze drugiej płyty tajemniczej wokalistki, ukrywającej się pod pseudonimem Izes. I nie jest to wcale złośliwe stwierdzenie – płyta zaskakuje bardzo dobrą mieszanką trip-hopowego mroku i wysmakowanego indie. Dlaczego zaskakuje? O tym poniżej.

Przyznam się bez bicia, że o Izes, czyli pani Izabelli Sawickiej dotychczas nie znałem. Okazuje się, że to już jej druga płyta, pokazująca alternatywny świat z nieco przystępniejszej strony, niż sugerować mogłaby lokalizacja. Muzycznie wprawdzie nie mamy tutaj rewolucyjnych odkryć, dostajemy za to pięknie skonstruowaną miksturę, której dużym atutem jest instrumentacja poszczególnych piosenek i głos pani Sawickiej. Podoba mi się, że – w przeciwieństwie do niektórych koleżanek po fachu – Izes zna swoje miejsce i zamiast forsować głos, stawia na lekko wycofane, melancholijne wokalizy, ładnie komponujące się z warstwą muzyczną. A ta jest bardzo bogata, zresztą, jeśli ma się w składzie takich fachmanów jak chociażby gitarzysta Maciej Szkudlarek czy pałker Michał Gos (tak, ten od Lonker See…), trudno zmajstrować coś słabego. Żeby było jednak jasne – Izes raczej niczego nie planuje odkrywać, stawia na sprawdzone, muzyczne drogowskazy, które szczęśliwie nie powodują zagotowania mózgu.Izes

Całość spina klamra melancholii. Muzyka często konstruowana jest liniowo, wpadając w lekki trans, który szczególnie w pierwszych utworach może przyjemnie zaskoczyć („Hello Wasteland”, „Swith”). Raczej bez trudności wyłuskamy  skojarzenia z przystępniejszymi odmianami gotyku, na myśl przychodzą produkcje 4AD (zwłaszcza w „Counterfeiter” i krótkim „Freeland”), klimatyczne indie, choć kiedy trzeba, zespół potrafi zagrać mocniej, jak chociażby w świetnym, mocno kłaniającym się Queens of the Stone Age „Paint That Dirt (Black Black Black)“. Przez cały czas trwania płyty czujemy przyjemnie mrowiący niepokój („Mary” jest tu tylko jednym, dobitnym przykładem…), instrumentacje są wyważone, nikt tu się nie wybija przed orkiestrę;  dobrze zgrany zespół tworzy fajne podkłady. Fajne, czyli takie, które nie przeszkadzają wokalistce, ale jednocześnie same w sobie oferują ciekawe harmonie i rozwiązania aranżacyjne. I tak sobie płynie płytka aż do spokojnego, niemalże pożegnalnego „Tick. Tick Go Back”. To byłby dobry finał płyty, ale nie jest; w ten sposób dochodzimy do drobnego zgrzytu, mianowicie trzech finałowych kawałków zaśpiewanych po polsku. Mam wrażenie, że trochę odstają od zasadniczej części płyty. Szkoda, że nie zostawiono tych kompozycji na single. No i ostatni element, mianowicie okładka. Nie będę ukrywał, że lubię płyty tworzące pewną, zamkniętą całość; kiedy zatem krążek wylądował w moich łapach, trochę się załamałem bo obrazek zdobiący front wprawił mnie w konsternację, kierując skojarzenia w stronę, nie wiem… disco? Przepraszam, ale nie jest to kower roku.

Tym bardziej uważam, że muzyczna zawartość „Hello Wasteland” to bardzo przyzwoity, na poziomie indie rock z ukłonami w różne strony. Bez przegięć, ze smakiem zamknięty w kilku czasem całkiem przebojowych kompozycjach. Ciekawe co będzie dalej…

Arek Lerch

Zdjęcie: Paweł Klein

Cztery i pół