IRON WHIP – Absence of White

Rzadko zdarza mi się pisać o tak enigmatycznych grupach jak Iron Whip. W przypadku muzyków z Atlanty, ich tajemniczość nie polega na ukrywaniu twarzy i tożsamości za maskami, lecz… na braku informacji. Ten zespół nie istnieje na metal-archives.com, nie ma go na Rate Your Music, nie ma na allmusic.com. Jest tylko profil na Bandcamp i konto na Facebooku, oprócz tego jakieś strzępki na YouTube i właściwie to byłoby na tyle. Z krótkiej notki prasowej też wynika niewiele, żeby nie powiedzieć, nic, bo wskazane drogowskazy (min. KEN mode czy Helmet) niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością. Brak jakichkolwiek odniesień i wiedzy na temat grupy wymusza zatem skupienie się tylko i jedynie na muzyce – a ta, prawdę powiedziawszy, nie jest tym, czego słuchałbym na co dzień.

„Absence Of White” to krótki materiał, trwający niespełna dwadzieścia trzy minuty i złożony z sześciu nieszczególnie skomplikowanych piosenek. Propozycja Iron Whip nie należy do szczególnie wyszukanych – panowie w dużym skrócie łączą ciężki groove metal z nutką hard core’a, przez co z jednej strony mogą przypominać Panterę czy – bardzo ewentualnie – pierwsze dokonania Machine Head, z drugiej natomiast na miejscu będą skojarzenia z Entombed z okresu Same Difference, a w którymś momencie do głowy przyszedł mi nawet Biohazard. Zdarzają się odniesienia, przede wszystkim brzmieniowe, do sludge’u i sceny NOLA, aczkolwiek są one raczej dość subtelne. Podstawą każdej kompozycji Iron Whip jest solidny riff i trzeba przyznać, że te wychodzą chłopakom bardzo naturalnie. W połączeniu z prostym i silnym rytmem sprawia to, że łatwo złapać się na mimowolnym tupaniu nóżką czy kiwaniu główką. Krótko mówiąc, ta muzyka najzwyczajniej w świecie chodzi i jest to zdecydowanie największym atutem „Absence Of White”. Iron_whip

Natomiast największym – a właściwie jedynym – problemem muzyki Iron Whip jest brak własnego charakteru. Nie sądzę, żeby Amerykanie wybijali się w szczególny sposób na tle podobnych im zespołów. Okej, piszą fajne riffy, mają solidne kompozycje, a ich wokalista z siłową, hard core’ową manierą też daje radę, ale brakuje im czegoś własnego. Sprawiają raczej wrażenie niezłych rzemieślników niż artystów, chociaż z drugiej strony nie wydaje mi się, by sami muzycy aspirowali do tego miana. To dźwięki tworzone przez paru ewidentnie wkurwionych gości, którzy nie widzą potrzeby, żeby z kimkolwiek się szczególnie cackać.

Wierzę, że są w tym autentyczni. Doceniam, że nagrali album szczery i bardzo głośny. Jedyne, czego szkoda, to tego, że bez trudu można znaleźć wiele dużo bardziej wkurzonych grup. Niestety dla Iron Whip, to ich będą słuchać ludzie.

Michał Fryga

Trzy