INVERLOCH – Distance|Collapsed (Relapse Records)

Standardowo recenzje wydawnictw takich jak „Distance | Collapsed” zaczynam marudzeniem nad kolejnymi niepotrzebnymi reaktywacjami, dziś jednak zacznę konstruktywnie: jeśli „powroty po latach” mają mieć jakikolwiek sens, to tylko tak, jak zrobił to Inverloch. Gołym okiem widać, że nie jest to rozdrapywanie truchła po kultowym statusie Disembowelment, a na to zanosiło się po zawiązaniu projektu d.USK, odgrywającego po festiwalach materiał z „Transcendence Into The Peripheral”. Nie chodzi nawet o nazwę, skład czy aktywność pod szyldem Trial of the Bow. Wszystko to nie miałoby znaczenia, gdyby „Distance | Collapsed” była słaba. Tymczasem jest świetna i brzmi, jakby została nagrana 23 miesiące, a nie lata (!) po „Transcendence…”.

Nie wiem, czy słowo „szlachetny” jest najszczęśliwszym określeniem płyty z muzyką, która uchodzi za niestrawną ekstremę nawet wśród fanów metalu. Ultraciężki doom/death metal kojarzy się raczej z odstraszającą nieprzystępnością niż z nobliwą sztuką, którą sugerowałby nawet przypisany gatunkowi patos. „Distance | Collapsed” jest jednak na swój sposób szlachetny – dostojny, oderwany od dzisiejszych czasów i pewny swego w zapatrzeniu w poprzednią epokę. Kto by tam nie grał i pod jaką nazwą, ten album jest de facto kontynuacją „Transcendence…”, kompletnie pomijającą to, co wydarzyło się w Metalu Ciężkim i Wolnym przez ostatnie dwie dekady. Inverloch nie stał się przy tym zakładnikiem własnych pomysłów sprzed lat. Piwniczny wyziew polany prostymi, smutnymi leadami gitarowymi i wokalem z kratki ściekowej swobodnie przechodzi w death metal nowojorskiej szkoły, by znów wyhamować do wczesno-mydyingbride’owych walców. Wszystko to w obrębie świetnie napisanych utworów, w których próżno szukać gitarowej waty nawtykanej tam, gdzie kompozytorowi zabrakło pomysłów na dobry riff.I band

Na korzyść „Distance | Collapsed” działa oczywiście kontekst dzisiejszych czasów, nie tylko brak nowych nagrań kapel z tego samego pokolenia (Winter, Unholy, Morgion). Zalew kapel sludge’owych ciętych z metra jak brody ich członków, tendencyjne „drony” i „funeraldoomy” grane na jednej strunie – na ich tle Inverloch jest odświeżająco muzyczny i wyrazisty. Ale to coś więcej niż wirtualna podróż w czasy zanim zespoły doom/death metalowe rozmieniły się na drobne grając gotycki poprock na przesterach. Zespół Disembowelment (w trochę innym składzie, pod inną nazwą, ale nie czarujmy się – to oni) wskakuje swoim pierwszym-niepierwszym albumem wprost do ekstraklasy. I nie ma znaczenia, że drużyn w tej lidze jakby coraz mniej, a zainteresowanie kibiców przeniosło się na inne dyscypliny. Na szczęście, dobra muzyka wymyka się kiepskim metaforom nawiązującym do tak nieistotnej sfery życia jak jakiś tam sport.

Bartosz Cieślak

Sześć