INTEGRITY – Suicide Black Snake (A389/Magic Bullet)

Wokół tej trupy zawsze było sporo plotek, kontrowersji i innych nieprzyjemności, ale jeśli mimo tego ktoś miałby trudności z rozpoznaniem postaci Dwida Helliona, radziłbym nadrobić zaległości w muzyce ciężkostrawnej. Tak się dziwnie złożyło, że w pewnym momencie, zapewne w natłoku innych, nowych wydawnictw, przespałem premierę albumu Integrity, zatytułowanego złowieszczo „Suicide Black Snake”. Nie zastanawiając się ani chwili, odpaliłem z miejsca stream, udostępniony w całości w Internecie przez sam zespół, za co oczywiście wysoka piątka dla nich. Ten band albo się kocha, albo nienawidzi; ja zdecydowanie skłaniałbym się ku tej pierwszej opcji, od dawna bowiem lubuję się w stworzonej przez nich formie brudnego, zmetalizowanego hardcore’a, od zamierzchłych czasów kultowego niegdyś Victory Records. Jeszcze ciepły, nowy LP zawiera 10 tracków, wydanych przez wytwórnię A389.

Płyta szybko się zaczyna, ale i szybko kończy, z drugiej strony patrząc, albo inaczej – słuchając, nie ma tam przysłowiowego mącenia wody, jednym słowem: konkretnie i do przodu, momentami z prędkością błyskawicy. Przyznam, że wolę takie skondensowane, niczym mleko w tubce albumy, gdzie nie trzeba się katować by dotrwać do samego końca, przerzucając przy tym niektóre kawałki. Tak jest w tym wypadku. Płytę rozpoczyna numer tytułowy „Suicide Black Snake”, słychać na wstępie jeden motyw, do złudzenia przypominający Slayer, jednakże po kilkunastu sekundach daje się odczuć znajomy i mroczny sam w sobie styl Integrity, bębny trochę jakby zagrane od tyłu, co sprawia naprawdę fajne wrażenie, do tego świetna, przesterowana gitara, no i ten wokal! Coś pięknego. Jak to bywa w ich zwyczaju, panowie non stop wydają pojedyncze kawałki z zaprzyjaźnionymi zespołami lub ep-ki, a na kolejny numer „I Know Where Everyone Lives” można już było trafić na splicie z Gehenna. Nagrany jest co prawda na nowo, nie zmienił się jednak wcale jego klimat, mistrzostwo świata jeśli chodzi o emocje połączone z brutalnością. „There is a Sign” to klasyczne Integrity – szalona motoryka, ciężar, wysublimowany chaos jednym słowem. Ciekawostką jest „There Ain’t No Living in Life” – szeptana ballada, wzbogacona o harmonijkę ustną, która przeistacza się w wolny, ciężki jak diabli walec. Wyborne. W „Into the Night” z kolei mamy dużo agresywnej melodii i solówek. Jest i przemiła piosenka nazwana „Lucifer Before Day the Doth Go”, gdzie na końcu mamy mały popis możliwości zdzierania gardła, prawie jak w„Vocal Test” z „Humanity is the Devil”.

Cóż można więcej powiedzieć; kolejny, naprawdę sprawny i bardzo dobry materiał spod ręki tych typów. Dużo ciekawszy brzmieniowo i jakby łatwiejszy w odbiorze, jeśli można tak w ogóle stwierdzić, od poprzedniej pozycji „Detonate VVorlds Plague”, pomimo tego, że mamy tu także powtórkę tego właśnie kawałka, o co aż chciałoby się przyczepić, ale osobiście np. jakoś szczególnie mi to nie przeszkadza. Tekstowo też nie jest za różowo, aż nadto niezbyt pozytywna postawa wymierzona w między oczy ludzkości i tak zwanego człowieczeństwa, czyli po staremu: ból, śmierć, cierpienie i halucynacje z niedożywienia. Ta płyta jest czarna jak smoła, w przenośni rzecz jasna, nie mogłoby chyba być inaczej, nie jeśli jest to Integrity.

Sam Tromsa

Pięć