INNERCITY ENSEMBLE – III (Instant Classic)

Słuchanie trzeciej płyty kolektywu Innercity Ensemble to przeżycie totalne. Wciągają egzotyczne rytmy, gitarowe kleksy rzucane tu i ówdzie, kapitalnie partie trąbki i to nietypowe napięcie, szczególnie słyszalne w „V”, w której to kompozycji ścierają się ze sobą dwie zupełne przeciwności – zgiełk dużego miasta i dźwięki bardziej pierwotne, żeby nie powiedzieć dzikie. Raczej „Black” niż „White” z poprzedniej płyty. Niewiele gitar, jeszcze większa moc rytmu, niesamowity groove – pięknie to wszystko gra.

Pierwsze skojarzenie, które przyszło mi na myśl po dziewiczym odsłuchu „III” to „On The Corner” Milesa Davisa, płyta, która sprawiała mi sporo problemów, ponieważ za cholerę nie mogłem jej zrozumieć, ale kiedy już w końcu pojąłem o co chodzi, polubiłem się z nią z wzajemnością. Wymagało to lektury biografii Davisa, kolejnego przestudiowania jego wcześniejszych płyt oraz cofnięcia się do funkowych korzeni tego krążka, ale było warto. I jakoś tak, zupełnie przypadkiem, „On The Corner” chodziło za mną na początku października, więc się w nim zasłuchiwałem. Kiedy potem usiadłem do nowego dzieła Innercity Ensemble, zauważyłem, że te płyty mają ze sobą wiele wspólnego. Przede wszystkim trans – jasne, flow Davisa było nieco inny, znacznie bardziej agresywny, ale wyczuwam na „III” podobne wibracje – a jak trans to i rytm, na który położono nacisk w większości kompozycji.  W porównaniu do poprzednich krążków kolektywu (jakoś bardziej pasuje mi „kolektyw” niż „supergrupa) mniej tu gitar, chociaż kiedy już się pojawiają, to dokładnie w tych miejscach, w których powinny – niesamowicie brzmią te kleksy w „V”, najpierw bardziej wyeksponowane, następnie ginące gdzieś w cieniu trąbki, podejmujące z nią nierówną walkę. To, tak w ogóle, mój ulubiony utwór na „III”, chyba najbardziej rockowy, choć rocka ta tym albumie bardzo niewiele.ie

Jak zwykle, mamy do czynienia z krążkiem bardzo różnorodnym. Choć forma jest znacznie bardziej skondensowana niż na „dwójce”, słychać tutaj mnóstwo przeróżnych inspiracji i ciekawych patentów. „V” wydaje się być punktem kulminacyjnym płyty. W następnych dwóch kompozycjach muzyka się uspokaja, jakby zespół chciał zapewnić nam miękkie lądowanie. Zarówno „VI”, jak i „VII” to muzyka wręcz medytacyjna, o czym wspominam nie bez powodu, ponieważ – szczególnie w ostatnim utworze – słychać sporo wschodnich akcentów.
Nie ma co, Instant Classic rozbił w tym roku bank. Kirsten, Lotto, LAM, Jahna/Mazurkiewicz/Buhl, a teraz Innercity Ensemble. Wszystko to ścisła światowa czołówka, płyty, którymi możemy się chwalić i z których możemy być dumni. Kuba Ziołek natomiast po raz kolejny umacnia swoją pozycję wśród polskich muzyków niezależnych, działając jak hiperaktywny król Midas, chcący zamienić w złoto wszystko, co się da. Teraz już rola należy do nas, słuchaczy. Trzeba się tylko schylić i je podnieść.

Paweł Drabarek

Sześć