INNERCITY ENSEMBLE – II (Instant Classic)

Innercity Ensemble to supergrupa, bądź też projekt w zasadzie, gdzie uświadczymy muzykantów takich zacnych formacji jak Alameda 3, Hati, Hokei, Stara Rzeka czy T’ien Lai i Something Like Elvis. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że proste, popowe piosenki z tego misz maszu raczej nie powstaną. Dwupłytowy album kryje w sobie całe dobrodziejstwo zamykające się między awangardą i muzyką improwizowaną. Skutek kilkudniowego grania przechodzi najśmielsze oczekiwania – trudno uwierzyć, że taka muzyka powstała po iluś tam godzinach swobodnego jamowania. A jednak…

Sesja trwała trzy dni w ostromeckim pałacu. Atmosfera była twórcza, powstały dwie płyty, zawierające muzykę tak różnorodną, że w zasadzie nie do zaszufladkowania. Tu mam zgrzyta, bo lubię układać sobie gładkie określenia dotyczące dźwięków a w tym przypadku w zasadzie jest to niemożliwe. Słychać tu jazzowe pochody i improwizacje, są pajęczyny chicagowskiego post noise i rocka, są awangardowe poszukiwania, cała paleta brzmień elektronicznych i sporo perkusyjnych przeszkadzajek. Nie, nie ma sensu przytaczać wykonawców, którzy powinni się w kontekście „II” pojawić. Postaram się zatem wyrazić mój podziw dla czegoś, co nazwę zdyscyplinowaniem – w ciągu trzech dni, bez wyraźnego szefa, zespół nagrał muzykę, która brzmi, jakby szlifowano ją miesiącami. Wszystko ma tutaj sens, zgadzają się harmonie i klamry rytmiczne. Zadziwia poziom uwagi, z jaką wszyscy się słuchają, przez co wspaniale prowadzona jest dramaturgia utworów. Mistrzowie współczesnej muzyki improwizowanej byliby z Innercity Ensemble dumni. Zastanawia mnie podział na dwie części – ogólnie można przyjąć, że płyta „biała” jest mocniejsza (ktoś pewnie wychwyci tu parę post – industrialnych skłonności…), z kolei „czarna” nieco lżejsza a może nawet bardziej melodyjna. W sumie czasami taki podział wydaje się sensowny, choć to chyba bardziej subiektywny wniosek.Innercity Ansamble

II wymaga od słuchacza sporej uwagi, bo mimo klarownych struktur, dzieje się tu tyle, że w pierwszym momencie człowiek ma wrażenie zbytniego zgiełku. Dopiero, kiedy „przysiądziemy fałdów”, okaże się, że płyta otwiera przed nami swój tajemniczy i fascynujący świat. Być może powyższe słowa są zbyt ogólnikowe, ale nie ma sensu analizować każdego dźwięku, bo zajęłoby to zbyt dużo miejsca. Jeśli miałbym wypowiedzieć się subiektywnie – kiedyś miałem w kolekcji płyty BLIMP, lubię też Contemporary Noise Sextet. Trudno zatem nie skłonić głowy z szacunku przed Innercity Ensemble. Podchodzę do „II” podobnie jak do nagrań Tomasza Stańko. Nie do końca rozumiem, ale jestem całkowicie zafascynowany.

Arek Lerch

Sześć