INKWIZYCJA – Na własne podobieństwo (NNNW)

Nawet w niezależnym, buntowniczym i przekornym punk rocku zdarzały się na przestrzeni ostatnich dekad płyty, które spokojnie można nazwać kamieniami milowymi stylistyki. Rzecz jasna, takowych skamielin jest pewnie tyle, ilu punkowców na tym łez padole. Choć zgodzicie się ze mną, że np. „Legenda” bezsprzecznie ta taki tytuł zasługuje. Ok? No to dorzućcie jeszcze „Na własne podobieństwo” Inkwizycji.

Takie chwile są szczególnie miłe. Trzymam w łapach kompaktową wersję płyty, którą latami katowałem w wersji kasetowej. Reedycja, przygotowana zresztą przez tego samego wydawcę czyli Nikt Nic Nie Wie, została potraktowana po królewsku. Obok muzyki i tekstów z klasycznego longa, mamy singiel „Słowa” oraz obszerne i ciekawe komentarze samych muzyków, opisujących perypetie związane z nagraniem krążka. Fascynująca historia. Zachowano oryginalną okładkę, tu w kolorze black&white (w odróżnieniu od czerwonej kasety…), a w środku znajdziemy gustowne grafiki Rafała Wechterowicza. Czegoś brakuje? Absolutnie nie. Żeby tego było mało, materiał zremasterował mister Marcin Dymiter. Nic dodać.

Pozwolę sobie zatem darować wspominki, bo o tym możecie sobie poczytać, pominę osobiste wycieczki do roku 1990 bo kto dzisiaj pamięta tamten szalony czas? Zostaje muzyka, która nadal i znowu (!) broni się, choć z dzisiejszej perspektywy widać warsztatowe niedostatki, czuć w tych dźwiękach takie wkurwienie, jakiego próżno szukać na połowie współczesnych wymuskanych, ziomalskich płyt. Muzycznie zespół był jednym z pierwszych przejawów hardcore’owego myślenia o materii muzycznej. Słychać je w zadziornych, graniczących z kakofonią, partiach gitarowych (daj panie Boże taką zawziętość współczesnym, zasłuchanym w metalu amatorom DIY…), agresywnych bębnach (gdyby je tak porządnie nagrać…) i furiackich interpretacjach Ex Perta. W zasadzie nie ma tu słabego punktu, nie ma niepotrzebnego grzebania i upychania nikomu niepotrzebnych nut. Jednocześnie z zaskoczeniem – po raz kolejny – zauważam, że jest to jeden z przypadków, kiedy muzyka swoim zróżnicowaniem podąża za przekazem, stanowiąc jego doskonałą ilustrację, punktując emocje, choć ani na chwilę nie tracąc napięcia. Hardcore. Moc. Zawziętość.

A na koniec zostawiam sobie rzecz, która do dzisiaj mnie rozpieprza. Teksty. Jeśli przyjąć, że np. liryki mr. Budzyńskiego są filozoficznym, punkowym uniesieniem, to słowa napisane przez Ex Perta brudzą niczym uliczne szambo, zniewalają jak wódka pita z korka i otumaniają jak powtarzana tysięczny raz „zdrowaśka”. Ulica to zresztą temat przewodni tych liryków. Esencja brudnej, złej, zgniłej, zawistnej i zapitej Polski. Przeświadczenie o nieuchronności zdarzeń („Sinoszary”), zniewoleniu („Niespodzianka”), beznadziei codziennej, gównianej egzystencji i sto innych, równie ważkich problemów. Teksty napisane w roku 90 – tym, dzisiaj ranią bardziej, bo bogatsze są o zaskakujące przekonanie, że nawet jeśli nasza rzeczywistość XXI wieku jest bardziej kolorowa i przyjemniejsza, to nie uwolniła się nawet ciutkę od stygmatu tamtego, opisanego pieczołowicie przez Ex Perta lokalnego syfu. Nieprzyjemna i niepokojąca konstatacja. W zestawieniu z muzyką, teksty duszą i pobudzają krążenie jak zastrzyk adrenaliny, tym samym spełniając najważniejszy i kluczowy postulat punk rocka – pobudzić kopniakiem z letargu.

Historia ma swój epilog w postaci reaktywacji – kolejnej – zespołu, nagrania nowego singla i w perspektywie nowej płyty. Na którą czekam niecierpliwie, póki co delektując się kolejnymi strzałami prosto w śledzionę. I proszę o więcej. Aha – czekam też na kompaktową reedycję singli nagranych przez Ex Perta i muzyków Ahimsy…

Arek Lerch