INDIAN – From All Purity (Relapse)

Zaprawdę powiadam wam, z ziemi chicagowskiej nie może wyjść nic złego. Zapewne znalazłoby się parę krążków, które nie są godne splunięcia, jednak jakoś tak się składa, że w podziemiach Chicago co i rusz powstają płyty jeśli nie wybitne, to przynajmniej zdrowo drażniące. Tym razem mamy do czynienia z nieodrodnymi synami swojej ziemi. Kwartet Indian łoi najprawdziwszy, brutalny, szorstki jak język kota noise/doom. Właśnie wydał nową płytę. Oczywiście dla Relapse.

Noise jak każdy gatunek dzieli się na wiele odłamów, często zmierzających w stronę rozbudowanych form, matematycznych łamańców, które z fundamentem mają już niewiele wspólnego. Indian na tle tych odszczepieńców jawi się jako syn wierny i posłuszny ojcom, choć i dziadkowie doom metalowej rewolty mogą liczyć na atencję wnuczka. Na początek roku funduje nam dźwięki, które muzyką mogą być nazwane co najwyżej przez kompletnych degeneratów. Nie ma śniegu, jest mróz pt. „From All Purity”

Moja przygoda z tą płytą rozpoczęła się od kawałka „Directional”. Potężne, ocierające się o doom, rozjechane i gitary i pięknie miarowy, hipnotyczny rytm. Jeśli uznać, że jest za miło, dodajmy do tego wyjące, histeryczne i graniczące z kakofonią wrzaski wokalistów. To i tak jest najmilszy fragment płyty. Zespół nie zamierza z nikim się pieścić, kokietować i umilać wieczorów. Napierdala tak toporną muzykę, tak bardzo przesiąkniętą dekadenckim, totalnie amuzycznym hałasem, że jedynie popaprańcy, mający w głowie drut kolczasty zamiast mózgu mogą polubić te dźwięki. Choć warto też zauważyć, że zespół potrafi pokazać się z zaskakująco różnych stron. Weźmy „Clarify” – niespełna pięć minut kakofonii, sytuującej się blisko duetu Body/Head. A zaraz potem „Disambiguation” – niemal klimatyczne, choć minorowe gitary, schowany nieco głębiej noise’owy jazgot. Jedynie wokalista przypomina, że mamy do czynienia z wściekłym, współczesnym, pozbawionym litości monstrum. Cała płyta składa się z upiornie rozciągniętych dźwięków. Jasne, do „Cop” jest daleko, miejscami nawet robi się nieco bardziej nerwowo („Rhetoric of No”), jednak zespół preferuje głównie toporne, wolne mielenie, które bardzo często balansuje na granicy, oddzielającej sztukę od prowokacji. Cóż zatem począć z tą płytą? Postawić obok wynalazków w rodzaju RWAKE czy Bongzilla. Zawsze należy jednak pamiętać, że to jednak dobrze przemyślane dźwięki; im dłużej z nimi obcujemy, tym bardziej wszystko układa się w logiczną całość – każdy element ma tu swoje miejsce, ponura wstrzemięźliwość, wyważone uderzenia otumaniają. Być może zespół nie wymyślił prochu, nie stworzył specjalnie nowatorskiej odpowiedzi na dokonania Ampetamine Reptile Records, ale wstydu nie przyniósł. Jasne, to nie jest muzyka dla romantycznych wrażliwców, raczej dla wkurwionych desperatów. Nie popełniajcie samobójstwa, drodzy misiowie.

Początek roku w wydaniu amerykańskiego potentata hałasu jak najbardziej udany. Gdzieś obok czeka już Culted a następne premiery w drodze. To będzie zapewne dobry i głośny czas, czego sobie i Wam życzę…

Arek Lerch

Pięć