INCARNATED – Try Before Die (Selfmadegod Records)

Długie lata milczenia przerywane jedynie okazjonalnymi koncertami oraz wydawnictwami wspominkowymi nie nastrajały zbyt optymistycznie w temacie przyszłości Incarnated. Powiem więcej, pewnie nie byłem jednym, który powoli zaczął już stawiać na tej grupie krzyżyk. Okazało się jednak, że twórcy świetnego i w moim odczuciu mocno niedocenianego „Pleasure of Consumption” nie mają jeszcze ochoty zawiesić gitar na kołku i przygotowali nam materiał, który jest zdecydowanie najmocniejszą porcją hałasu jaką stworzyło trio Pierścień & spółka…

„Try Befeore Die” czyli dziewięć cięć ujętych w stylistykę szwedzko-białostockiego death metalu. Chciało by się w tym miejscu wyciągnąć z rękawa garść mądrych, old schoolowych porównań, ale wydaje mi się to trochę pozbawione sensu. Fakt, że materiał ten prawie jak żywcem wyjęty z epoki gdy debiutowały Nihilist, Carnage czy General Surgery nie oznacza jeszcze, że można ot tak wrzucać nowy LP Incarnated do wora z innymi klonami wyżej wspomnianych bandów. Nowy materiał ekipy Pierścienia zaczyna się w miesjcu, w którym skończyła się poprzednia płyta. Jest to bowiem ni mniej ni więcej jak kontynuacja obranej lata temu drogi. Być może się mylę, ale w moim odczuciu jest to zdecydowanie najlepsza poracja dźwięku jaki zespół stworzył do tej pory. Bardzo podoba mi się to, że „Try Befeore Die” trzyma się mocno szwedzkiej klasyki, ale absolutnie nie wyczuwam tu bałwochwalczego zapatrzenia w idoli tak znamiennego dla całej rzeszy zespołów, które chciałyby być modne i załapać się na old school’owy flow. Incarnated biorą ze szwedzkiego grania to co najlepsze i przyprawiają całkiem sporą gamą smaków, dzięki czemu materiał ten jest udaną próbą rozruszania szwedzkiego trupa. Na pierwszy rzut ucha skupiamy się przede wszystkim na wybornie skrojonym brzmieniu. O ile „Pleasure of Consumption” chwilami trochę niedomagał i jak dla mnie zbyt mocno epatował brudem, który chwilami pokrywał piwnicznym syfem całość brzmienia, o tyle na nowym krążku ta kwestia została doprowadzona niemal do perfekcji. Brzmienie jest takie jak być powinno. Brudne, tłuste, ohydne, ale też selektywne na obłędnie piwniczny sposób. Nie wiem ile pracy kosztowała ta płyta, ale sound jaki ukręcił Pierścien należy do jednego z lepszych sortów jakie w ostatnim czasie pokazały old school’owe hordy. Dziewięć numerów jakie znalazły się na „Try Before Die” to cięcia przeważnie krótkie, ot takie mało wyszukane ciosy zardzewiałą maczetą w łeb. Jednak również w tych lekko toporych uderzeniech znajduję dowód na to, że jest to płyta uknuta bardzo misternie z wyczuciem i kunsztem dostępnym nielicznym. Sporo w tym graniu melodyjnych wtrętów, zdarzają się solówki no i rzecz ważna, świetną robotę robią napędzające machinę bębny i bas. Każdy numer to zgniła perełka old schoolowego death/grindu i w każdym znajdziemy coś co sprawia, że serca zaczyna bić szybciej a trup ma ochotę wstać z trumny. Weźmy choćby taki „Bloody Hands”, świetna cholernie dynamiczna rytmika, gitary raz surowe, raz melodyjne, mocno zarysowany bas i bardzo dobrze umijscowiony w tym wszystkim gardłowy ryk Pierścienia, numer klasa sama w sobie. Właściwie każdy kawałek na płycie reprezentuje poziom równie dobry. I logo

„Try Befeore Die” to udany powrót zasłużonej dla brutalnego hałasu ekipy. Dziś, mam wrażenie, rzucają światu album bardzo dobry nagrany w chwili gdy takie granie nadal jest na fali… co z tego wyniknie, zobaczymy.

Wiesław Czajkowski

Pięć